sobota, 21 września 2013

Kosmiczna Załoga Rozdział 1 - czyli opary z przeszłości

Taaak, tym razem zamierzam was zamęczyć czymś, co napisałam, jak miałam 12 lat. Jestem zUa. W dodatku napisałam to z moim kuzynem, więc jest pomięszanie z poplątaniem...ale cóż, mam nadzieję, że nie poumieracie od tego!

Kosmiczna Załoga Rozdział 1

01. Podróż w przestrzeń

Skutki ingerencji są czasem  niewiarygodnie złe

01.

- Zbliżenie - ekran monitora powiększył się, ukazując zbiór gwiazd; galaktykę eliptyczną w najdalszym zakątku poznanego wszechświata.
- To jest galaktyka Hiksa - powiedział mężczyzna stojący przy ekranie. Grupa ludzi, siedząca na fotelach za nim, posłusznie zwróciła spojrzenie w jego kierunku, próbując dopatrzyć  się tego "nadzwyczajnego czegoś", co główny naukowiec centrum badań pozaziemskich miał zamiar im pokazać.
- Wiem, że niełatwo było wcisnąć się tam z naszymi satelitami - mężczyzna uśmiechnął się, chociaż trochę nerwowo. - Ale i ta galaktyka musi być kiedyś poznana wraz z najodleglejszymi jej elementami. Najnowsze dane odkryły to.
W tym momencie monitor znów dokonał zbliżenia, ukazując układ gwiezdny położony bardzo blisko środka zbiorowiska gwiazd.
- Jest to niewielki układ, zawierający jedną młodą gwiazdę oraz dwie planety - kontynuował wywód naukowiec. - Tą - wskazał na planetę bliższą gwiazdy - nie należy się przejmować. Jest mała i skalista, podobna do naszego Merkurego, ale jeszcze nie dowiedziano się z czego składa się jej powierzchnia. Nie ma księżyca. Ale ta...
Ponowne zbliżenie powiększyło drugą planetę, znacznie oddaloną od poprzedniej.
- Można zauważyć nad nią ślady atmosfery, ale również zbudowana jest z nieznanego materiału, więc nie sądzę, żebyśmy mogli zbudować na niej bazę kolonizacyjną, tak jak na Marsie i Wenus, czy Hal-Thanab w galaktyce Lunar, a przynajmniej nie w najbliższych latach.
- Przypominam, że powierzchnia i atmosfera Wenus zostały bardzo szybko przystosowane do życia, Still - wtrącił się jeden z mężczyzn, poprawiając się na fotelu. - Czy celem tego spotkania było pokazanie nam dwóch planet zbudowanych z niewiadomo czego, nie nadających się do życia, osadzonych w najodleglejszej z galaktyk, prawie niezbadanej, z powodu tego, że nikomu nie udało się do niej dotrzeć?
- Bardzo miło że pan Sanders zechciał podzielić się wątpliwościami - Still wykrzywił się ironicznie i otarł czoło. - Mój zespół badawczy dokonał ciekawego odkrycia. Na tej planecie - określmy ją jako X - nasze sondy zaobserwowały coś jakby... - skierował wzrok na Sandersa - ślady życia.
Rozejrzał się wokół siebie, sprawdzając jaką reakcję wywołało to oświadczenie. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy zobaczył, że poprzedni sceptycyzm przerodził się w ożywienie.
- Nadzwyczajne - powiedział mężczyzna, który do tej pory siedział spokojnie w fotelu, w skupieniu obserwując kolejne zbliżenia. - Czy to jest całkowicie udowodnione?
- Ależ panie prezydencie, wyciąganie pochopnych wniosków nie... - wtrącił się człowiek, który poprzednio przerwał Stilowi.
Prezydent powoli zwrócił się w jego stronę.
- Nie widzisz wagi odkrycia, Sanders? - spytał. - Jeśli tam jest życie, to być może będziemy mogli się tam osiedlić. Albo przynajmniej nawiązać kontakt. Do tej pory nie udało się nam przecież odkryć żadnych inteligentnych form, a to mogłoby nam bardzo pomóc - wykrzywił się w lekkim uśmiechu. - I nie wmówisz mi  że nie wierzysz w życie pozaziemskie, bo sam widziałem, że z komputera urzędowego oglądasz te stare seriale...Z Archiwum X i Star Trek!
Ta uwaga całkowicie zgasiła Sandersa, który wtulił się w oparcie fotela i zaczął uważniej wpatrywać się w ekran.
- Czy to zostało udowodnione? - powtórzył pytanie prezydent, kierując spojrzenie w stronę Stilla.
- Niestety nie - odparł naukowiec, na nowo przywracając obraz galaktyki. - Galaktyka Hiksa jest bardzo odległa, a nasze najnowsze satelity nie zostały jeszcze przetestowane w przestrzeni, więc musieliśmy oprzeć się na danych przesłanych przez te starsze. Poza tym wyglądało to tak, jakby satelity nie mogły w pełni wykorzystać swoich urządzeń, jakby przekazywały wiadomości o obiekcie znajdującym się w większej odległości od nich. Musielibyśmy wysłać ekipę badawczą, która zbadałaby to dokładniej i przywiozłaby informacje do bazy.
- A z kogo składałaby się ta ekipa? - wtrącił się znowu Sanders. - Kto poleci do galaktyki Hiksa, mając świadomość, że może spotkać na tej planecie wrogo nastawione istoty. Bo chyba nie przyjąłeś, że spotkają tam E.T. albo Chewbaccę.
- Dlatego nie powiedzielibyśmy załodze o celu misji. Oczywiście dowódca wyprawy wiedziałby o nim, ale nie widzę potrzeby budzenia niepokojów wśród załogi zanim cokolwiek się zdarzy.
- Kogo proponujesz, Still? - spytał prezydent.
- Potrzeba nam kogoś z doświadczeniem w dowodzeniu statkiem z mało liczną załogą, bo tylko taka możemy tam wysłać - odparł Still. - Nie mogą to być naukowcy ani tym bardziej marines, jeśli chcemy zachować spokój. Lepiej, żeby dowódca też nie należał do armii. I zdaje mi się, że znam kogoś takiego...

*
- Gdzie mam to postawić, kapitanie? - zawołał pomocnik, pokazując żelazną skrzynię, wypełnioną częściami promu.
- Walnij to gdzie bądź - zawołał Martin McKey, przeglądając listę ładunków. - I tak inżynierowie pokładowi ustawią to gdzie indziej. Przynajmniej, znając ich koordynację, wolę nie ustawiać tego tam gdzie trzeba, bo i stamtąd pewnie to zabiorą.
Dobiegł go śmiech któregoś z inżynierów.
- Przynajmniej wiedzą, że mam rację - mruknął z rozbawieniem Martin i skreślił części członu statku na spisie. Był wysokim, trzydziestoletnim mężczyzną, niezbyt dokładnie ostrzyżonym, przez co cały czas musiał przeczesywać ręką włosy, żeby nadać im jako taki wygląd. Był kapitanem transportowca już od sześciu lat i jak do tej pory mówiono, że mimo "trudnego" charakteru, potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Samego Martina niespecjalnie obchodziły te opinie, nawet jeśli przez niektóre zachowania nie awansował wyżej. Albo raczej przez niezbyt przyjazne osoby w dziale administracji bazy NKWD.
- Gdzie mamy to dowieźć? - spytał głównego inżyniera, wymachując mu listą przed nosem.
- Na stację kosmiczną na Tikaranie - odparł, przeglądając dziennik. - Znowu przelot przez naszą galaktykę?
- Niestety - uśmiechnął się McKey. - Nie za wiele transportów ma się do niezamieszkanych planet w innych sektorach.
- I zapewne tak będzie przez następne dwieście lat, jeśli nasi spece nie zaczną się przykładać do pracy.
- Nasi "spece" muszą mieć najpierw pomysł, zanim rozpoczną eksplorację - Martin poruszył znacząco brwiami. - A nie wymyślą wiele, jeśli będą się głowić nad nowym modelem odrzutowego krzesełka ogrodowego. Chociaż chciałbym, żeby wreszcie coś ruszyło. Zawsze myślałem o międzygalaktycznym zadaniu, żeby się wreszcie wykazać.
- Wiem co czujesz. Ja zawsze chciałem przewieźć coś do galaktyki Hiksa, ale to tylko marzenia.
- Nigdy nie spełnione - Martin mrugnął do niego okiem. - W tej galaktyce nie ma ani jednej stacji, nawet badawczej, tylko te przeklęte satelity. Ale zamiast pleść bzdury, trzeba by się zająć pracą...Powiedziałem "gdzie bądź", ale nie na części zamienne statków wojskowych! - wrzasnął, kierując się z powrotem do swoich zajęć, kiedy poczuł na swoich plecach czyjąś rękę i usłyszał za sobą:
- Dowódca transportowca Minerva, Martin McKey?
Kiedy się obejrzał, zobaczył mężczyznę w czarnym garniturze i krawacie w wielkie kropy. McKey nigdy nie znosił tego rodzaju ubrań, bo jak sam twierdził, krępowało ruchy.
- Tak, to ja - odparł odkładając wykaz na najbliższą skrzynię. - A o co chodzi?
- Nazywam się Len Sanders, przysłała mnie Międzynarodowa Korporacja Badania Wszechświata - przedstawił się szybko nieznajomy i równie szybko dodał. - Nasi naukowcy polecili nam pana.
Martin zmierzył nowo przybyłego krytycznym wzrokiem. Ostatni raz widział kogoś z Korporacji, kiedy dostawał pierwszy przydział. Co się stało, że tak nagle sobie o nim przypomnieli?
- Mam gdzieś coś przewieźć? – spytał nieufnie, czując jednocześnie że może to być jego wielka szansa na wyrwanie się z rodzimej galaktyki. Jednak nie mógł zapominać, że prawie za każdym posunięciem ludzi z rządu coś się kryje.
- Niezupełnie – sprostował Sanders. – Chodzi prawdę mówiąc o coś zupełnie innego. – Rozejrzał się wokół, jakby każdy pracownik lądowiska mógł być obcym szpiegiem. -  Widzi pan, nasi specjaliści odkryli ciekawą planetę w galaktyce Hiksa. Tak, w Hiks – dodał, kiedy zobaczył, że McKeyowi oczy rozszerzyły się ze zdumienia. – Sądzimy, że może istnieć na niej życie i chcemy, żeby pan to zbadał.
- A dlaczego ja? – Martin nie tracił podejrzliwości.
- Jak mówiłem, polecono nam pana.
- A załoga?
- Tym my się zajmiemy – odparł Sanders. – I jeszcze jedna sprawa. Chcielibyśmy, żeby ludzie, którzy z panem polecą, oczywiście pod pana dowództwem, jak najmniej wiedzieli o celu misji. My nie zamierzamy im o niczym mówić i liczymy, że pan również się postara. To nasze pierwsze, być może, zetknięcie z obcą cywilizacją i nie chcę, żeby to powodowało napięcia wśród załogi. Macie to po prostu zbadać, to wszystko, bez żadnej niepotrzebnej ingerencji.
- Ale to będzie dosyć trudne, jeśli...
- Sam prezydent wydał ten rozkaz – przerwał mu Sanders. -  Chcemy, żeby misja się powiodła, McKey. Jak powiedziałem, liczymy na pana.
- Zrobię, co będę mógł – powiedział Martin, patrząc jak wysłannik Korporacji odchodzi. Miejsce nieufności zajęło podekscytowanie. Galaktyka Hiksa? Zupełnie jakby Porządek Wszechświata czytał w jego aktualnych myślach.
- I co, o co chodziło? – spytał główny inżynier, podchodząc do niego.
- O to chodziło, że teraz ty tu dowodzisz – odparł McKey, niespodziewanie uśmiechając się szeroko. W jego oczach zabłysły iskierki radości. – Zostałem przydzielony do innego sektora.
- Mianowicie?
- Galaktyka Hiksa – powiedział Martin i wcisnął mu do ręki spis ładunków.
Zdumiony inżynier patrzył, jak zadowolony przyszły dowódca statku badawczego, odchodzi ze swojego mało znaczącego stanowiska.

*
Na ogromnym lądowisku w samym serce Waszyngtonu stał teraz wielki statek, którego dwa dni temu jeszcze tu nie było. Zbliżało się teraz do niego dwoje ludzi, jeden wysoki, krótko obcięty brunet, drugi blondyn średniego wzrostu,  u którego włosy przypominały pole pszenicy po przejściu huraganu.
- Statek oderwie się od ziemi za pół godziny – informował nowego dowódcę jasnowłosy mężczyzna, idąc obok niego w kierunku pojazdu. Dołączył do niego dosłownie kilka sekund temu, kiedy McKey zmierzał samotnie zapoznać się z załogą.
- A może najpierw się pan przedstawi? -  spytał, przystając i wpatrując się uważnie w swojego rozmówcę. Znał się na ludziach, a ten wypadł raczej dobrze; pomijając nieład na głowie, z jego twarzy przebijała powaga, a oczy patrzyły rozumnie. Jeszcze go nie poznał dobrze, ale uznał, że chyba można mu było zaufać.
- Pierwszy oficer, Roch Species. Pana zastępca – odparł mężczyzna, również patrząc na Martina.
- Teraz rozumiem. Czym mam dowodzić? – McKey wznowił przerwany marsz. Powoli zbliżali się do statku, widząc coraz więcej szczegółów. Miał spłaszczony kształt, jak wszystkie zresztą statki badawcze. Widniał na nim znak Korporacji, niebieski sześcian na czarnym tle.
- Statek Frell 2, załoga: dziewięciu ludzi, łącznie z panem i ze mną. Dwóch żołnierzy piechoty morskiej, dwóch inżynierów, naukowiec, operatorka czujników i pionier.
- Pionier? – McKey zmarszczył brwi, gdyż pierwszy raz usłyszał to określenie.
- Naukowiec, wysyłany na zwiad, zwykle po to, żeby określił skład atmosfery i rodzaj podłoża – objaśnił Species. -  Będzie pan mógł zapoznać się z całą załogą przed startem. I niech pan nie zwraca zbytniej uwagi na zachowanie marines i inżynierów  – zmrużył oczy. -  Zawsze byli tacy. No i trzeba jeszcze ich zapoznać z zadaniem.
- A jakie jest zadanie? – sprawdził go McKey.
- Określić rodzaj życia na planecie X- odparł z lekkim uśmiechem Roch. – Rzecz jasna reszta o tym nie powinna wiedzieć.
Dotarli do wejścia na statek, które otwarło uprzednio ich skanując. McKey rozglądał się wkoło z zaciekawieniem, kiedy pierwszy oficer prowadził go systemem korytarzy. Frell 2 był o wiele nowocześniejszy niż wszystkie pojazdy którymi dotąd latał razem wzięte. Nawet system drzwi nie wymagał kart dostępu.
Weszli do pierwszego z pomieszczeń, które oddzielało kabiny załogi od mostka. Siedziało tam lub stało siedmiu ludzi, opartych o drążki, oczekujących swojego kapitana.
Martin McKey przyjrzał się uważnie nowej załodze. Na pierwszy plan wybijał się barczysty mężczyzna ubrany w wojskowe moro i brązowe spodnie. Obok niego siedziała krótko ostrzyżona młoda dziewczyna, w takim samym stroju. Najprawdopodobniej byli to żołnierze piechoty, o których wspominał Species. Niedaleko nich stała niska dziewczyna z blond włosami do ramion, ubrana w jasnobrązowy kombinezon. Przed nią przykucnął szeroko uśmiechnięty facet z chłopięcym wyrazem twarzy. Na przedzie siedział może 25-letni mężczyzna z czarnymi włosami ściętymi na jeża, brązowymi spodniami i brązowym podkoszulkiem. Wydał się McKeyowi zbyt pewny siebie, ale nauczył się, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie, więc poczekał z tym, aż bliżej go pozna. Byli jeszcze mężczyzna i kobieta wciśnięci w błękitne robocze ubrania, przypatrujący się nowo przybyłym z uwagą.
- To jest nowy kapitan statku Frell 2, Martin McKey – powiedział Roch Species, kiedy stanęli na przeciwko załogi.
- Świetnie, wreszcie nam się może powie co my tu robimy – skrzywił się ubrany na niebiesko mężczyzna.
- Morgan Reiser, inżynier -  powiedział Roch. – Ten ubrany po wojskowemu to Jack Hayley, a tamta chłopczyca to Devon Space, marines przydzieleni do ochrony statku.
- Do ochrony czego? – mruknął Hayley, trącając Devon łokciem.
- No, no, Hayley! – upomniał go Species. – Uspokój się i spróbuj pokazać z jak najlepszej strony.
Hayley popatrzył na niego z ukosa i prychnął, ale pierwszy oficer niewzruszenie brnął dalej.
- Ten przestępca to Mac Frikes, główny inżynier – pewny siebie mężczyzna podniósł dłoń. – Ta w niebieskim to Mitach Raine, lekarz pokładowy, a ta w żółtym – Gillian Hunt, operatorka czujników.
Wskazał na wciąż uśmiechniętego mężczyznę siedzącego obok operatorki.
- To Rick Fire, pionier, o którym ci mówiłem.
- Wytłumaczy nam się wreszcie, gdzie lecimy? – spytała Mitach Raine, nie zwracając uwagi na Reisera, który w dalszym ciągu krzywił się dziwacznie.
- Tak – McKey wysunął się do przodu. – Lecimy do galaktyki Hiksa. Naukowcy z MKBW dokonali nowego odkrycia.
- To niech sami lecą – powiedział Hayley, ale zaraz umilkł, pod wpływem niedwuznacznego spojrzenia McKeya.
- Mamy sprawdzić, czy istnieje dotąd nie odkryta planeta, którą wyczuły czujniki naszej stacji. Chcą się dowiedzieć, czy to nie asteroida, czy coś w tym rodzaju.
„Dobrze pomyślane" zdawał się mówić wzrok Rocha.
- Macie jakieś pytania? – zakończył McKey.
- Tak, ja – podniosła się Devon Space. – Czy możemy spotkać się z jakimś niebezpieczeństwem?
- Nie z większym, niż każda załoga wsiadająca do pojazdu gwiezdnego.
- To dlaczego my tu jesteśmy? – spytała Space.
- Nie pytaj za dużo, bo za dużo się dowiesz – uciął Martin. – Jeszcze coś?
- Kto pana strzygł, kapitanie? – roześmiał się Fire.
- Zamknij się, Ricky – po raz pierwszy odezwał się Mac Frikes. – Gdybym to ja był dowódcą, już byś za takie coś fruwał stąd do domu.
- Gdybym ja bym dowódcą, ty byś został natychmiast wyrzucony w przestrzeń.
Frikes uśmiechnął się lekko.
- Nie dałbyś rady.
Pionier chyba zdawał sobie z tego sprawę i uciszył się szybko.
- Cicho, załoga! – zawołał McKey. – Skoro - pomijając Fire`a -  wszyscy dostali już odpowiedzi na swoje pytania, nie będę się niepotrzebnie produkował. A ty, Fire, jeszcze jedno takie coś, a zostaniesz zamknięty w maszynowni przez resztę lotu, zrozumiano?
- Tak jest.
- Zaraz odlatujemy, więc wszyscy na stanowiska i to migiem – rzucił Martin, a załoganci szybko się zerwali i pobiegli na mostek. Przy pulpicie nawigacyjnym usiadła Gillian Hunt, Mac Frikes i Morgan Reiser. Obaj marines usiedli na fotelach przy wejściu na mostek.
- A wy co? – spytał Species, kiedy McKey poszedł kierować startem.
- Jesteśmy tu przydzieleni do ochrony, nie do pracy – uśmiechnął się Hayley, bawiąc się miotaczem plazmowym. Devon Space wykrzywiła wargi w lekkim uśmiechu, ale nie skomentowała tego.
- Schowaj to Hayley – powiedział pierwszy oficer. – Nie jesteśmy na wyprawie wojennej. Idź lepiej pomóż pozostałym.
Ale to nie było potrzebne, bo Mac Frikes i Gilly Hunt doskonale sobie radzili. Frell 2 oderwał się sprawnie od powierzchni ziemskiej i bez większych przeszkód przekroczył powłokę atmosfery. Czujniki na pulpicie Gillian wykazały, że znajdują się już poza przyciąganiem, w pustce kosmicznej.
- Co teraz, kapitanie? - spytał Frikes.
- Włączamy 300-krotną nadświetlną - McKey oparł się o pulpit, uważnie studiując obraz, który pojawił się przed nimi; widok trzech planet najbliższych Słońcu.
- Co? – zdziwił się Species, odrywając swoja uwagę od piechoty i podchodząc bliżej. -  Chce pan, żeby poodrywało załodze głowy?
- Chcesz, żebyśmy dostali się do galaktyki Hiksa za trzy sekundy, czy za trzy lata? – spytał dowódca. – Nic nam się nie może stać, przecież statki zostały zabezpieczone.
Mac Frikes wcisnął przycisk oznaczający nadświetlną i przesunął rękę po tarczy podświetlonej na czerwono. Gdyby ktoś z zewnątrz obserwował przejście w 300-krotną prędkość światła, zobaczyłby tylko, jak statek nagle niknie, a potem pojawia się w zupełnie innym miejscu. Była to pozostałość po eksperymentach z zakrzywianiem czasoprzestrzeni, które jak dotąd się nie powiodły, chociaż nadal ładowano w nie mnóstwo rządowych pieniędzy.
- Gdzie jesteśmy? – do Gilly Hunt dobiegł trochę zniekształcony głos McKeya.
- Wszystko wskazuje na to, że w galaktyce Hiksa – odparła szybko operatorka. Jej głos już brzmiał normalnie. Statek wyleciał z pola drgań. – Nigdy nie leciałam statkiem wyposażonym w nadświetlną i nie miałam pojęcia, że znajdziemy się tu tak szybko.
- Przejdźcie do normalnego trybu.
- Od razu?
- Gdyby to było od razu, to bylibyśmy z głowami wbitymi w sufit – skwitował pytanie Speciesa McKey. – Oczywiście, że nie. Frikes, włącz najpierw 200-krotną, potem 100-krotną nadświetlną, a potem przejdź na zwykłą prędkość.
Mac przesunął ręką po tarczy. Frell 2 zaczął zwalniać, aż wreszcie zamiast tunelu z gwiazd, ujrzeli ciemną pustkę kosmosu.
- Hunt, pokaż nam nasze położenie – rozkazał McKey, wpatrując się w mały monitor przy czujnikach. Na ekranie pojawiła się miniatura galaktyki eliptycznej.
- Jesteśmy blisko środka – powiadomiła go. – W tym miejscu zwykle ginęły wszystkie statki badawcze bez załogi.
- Jak to „ginęły"? – zainteresował się McKey.
- Tak, jakby ich w ogóle nie było.  Jakby nie zostały wysłane. To dlatego ta galaktyka nie została nigdy zbadana.
- To jak my się tam dostaniemy? Chyba Korporacja nie zleciła nam mission impossible, prawda?
- Nie wiem. Trzeba by wysłać sondę naprzód, żeby zbadać, czy możemy lecieć dalej. Gdyby... – tu urwała, bo nagle gwałtowny wstrząs rzucił statkiem.  Species upadł na pokład. McKey złapał się fotela przy którym siedziała Hunt i tylko dlatego nie poszedł w ślady swojego oficera. Urządzenia przestały działać, a ze stanowiska Reisera trysnęły iskry. Morgan odskoczył gwałtownie, niestety tracąc równowagę i też się przewracając. Zdołał jednak przedtem wyłączyć całkowicie sterownię.
- Cofać, cofać! – zawołał McKey, przekrzykując przejmujący pisk, wydobywający się z maszynowni i podpoziomów, świadczący o tym, że nie tylko na mostku działo się coś niedobrego. Frikes włączył zasilanie awaryjne swojego stanowiska i zaczął cofać statek. Wokół Frella wytworzyła się ledwie widoczna, żółtawa poświata, której nikt nie potrafił wytłumaczyć i która znikła od razu, kiedy Mac wycofał statek na bezpieczną odległość. Pisk w maszynowni ustał, a kiedy Reiser ostrożnie włączył pulpit nawigacyjny, wszystko działało jak należy. Wszystko wróciło do porządku tak nagle, jak nagle nastąpiła awaria.
Załoga zaczęła się powoli podnosić z podłogi, zaskoczona rozglądając się na boki. W zasadzie trwało to najwyżej pół minuty i było tak niespodziewane, że załoganci stracili na chwilę orientację.
- Jezu, co to było! – zawołał Hayley, podnosząc się i siadając ciężko na fotelu, niczym worek ziemniaków opadający na klepisko. – Drugi raz takie coś, a natychmiast wracam.
- Trzeba zapinać pasy – odparła Devon Space, patrząc na niego z rozbawieniem, przy okazji wskazując na swoje. – Drugi raz takie coś, a na pewno je zapniesz.
- Nie wiem – powiedziała Gillian Hunt, odpowiadając na pytanie Jacka. – To zdaje się jakieś pole siłowe, bariera. Być może właśnie przez nią znikały statki.
- Mam namiar! – zawołał Frikes, wskazując na monitor. – To coś w rodzaju osłony energetycznej. Nie przepuszcza niczego, co nie przewyższa stopniem energii błędnych komet. Jest zbyt zorganizowana, żeby mogła powstać w naturalny sposób.
- Chcesz powiedzieć, że została zrobiona przez...kogoś? – spytał Martin, zastanawiając się, czy przypadkiem niedługo załoga sama nie dowie się o celu misji.
- Jest zbyt silna. I zbyt regularna. Obejmuje układ słoneczny w idealny krąg.
- Jaki jest zasięg?
- Bardzo duży. Układ słoneczny i spora część poza nim.
- Wyślijcie sondę – postanowił McKey. – Zobaczymy, czy działanie tego pola ogranicza się tylko do zakłóceń w działaniu statku.
Reiser, postanawiając nie przeciążać jeszcze urządzeń mostka, udał się do maszynowni i po chwili spód statku rozchylił się, po czym po paru sekundach z otworu wynurzyła się miniatura Frella. Dostała się w zasięg osłony i...spaliła się doszczętnie.
- No i mamy odpowiedź – skwitował kwaśno Roch.
- Co o tym myślisz, Hayley? – McKey zwrócił się do tyłu. – Może byście włączyli się do naszej ciężkiej pracy?
Jack spojrzał na niego przeciągle. Wyglądał prawdę mówiąc niezbyt pomysłowo, bo w dalszym ciągu nie otrząsnął się jeszcze z wydarzeń ostatnich minut.
- Trzeba to rozwalić – powiedział, przywołując na twarz rozbrajający uśmiech i szturchając lekko Devon dla zwrócenia uwagi. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami, odsuwając ostrożnie lufę miotacza, którą Hayley przysunął niebezpiecznie blisko jej twarzy.
- Bardzo śmieszne – skrzywił się Martin. – A ty, Rick? Może nie jesteś specem od obrony, ale co według ciebie powinniśmy zrobić, skoro nasi spece od obrony nie nadają się do niczego?
- Trzeba to zniszczyć – powiedział po krótkim zastanowieniu pionier, przybierając najbardziej poważny wyraz twarzy, na jaki mógł się zdobyć.
- No wspaniale, jeszcze jeden piroman – westchnął Species. Rick spojrzał na niego, ale nic nie powiedział. Zwrócił się natomiast zaraz do kapitana.
- Nie, naprawdę. Skoro nie możemy się przez to przedrzeć, bo inaczej statek ulegnie zniszczeniu, trzeba zniszczyć pole.
- A co z tymi, którzy zrobili tę osłonę? – drążył Species. – A co, jeśli jest im potrzebna w jakiś sposób do życia?
- Ale może być to również pozostałość. Możliwe, że twórcy już dawno opuścili to miejsce, albo nawet nie żyją.
- Nadal jednak nie jestem pewien, czy powinniśmy niszczyć to pole.
- Roch, pozwól na chwilę – powiedział McKey, ciągnąc pierwszego oficera za ramię. Species próbował protestować, ale zaraz umilkł i pozwolił dowódcy poprowadzić się do pomieszczenia, w którym nikt nie mógł ich usłyszeć. Dopiero tam przystanęli, a Martin przybrał niezadowolony wyraz twarzy.
- Chyba nie chce pan pozwolić na „rozwalenie", jak to pięknie określił Hayley! – zawołał oficer, zanim McKey zdążył cokolwiek powiedzieć. – Przecież to ingerencja w coś, o czym nie mamy żadnego pojęcia!
- Słuchaj, Roch...Oni nie wiedzą, że tu może być życie. Chcesz im podsunąć pomysł, że nie jesteśmy z nimi szczerzy? A poza tym, jak wykonamy rozkaz MKBW, skoro nie dostaniemy się do planety X?
- A skąd pan wie, że to będzie skuteczne? Przecież Frikes stwierdził, że tylko siła energii równa sile gwiazdy może się przedrzeć przez taką osłonę.
- Bo inne ciała niebieskie nie mają takiej energii jak gwiazda, więc zostają zatrzymane. Ale statek może taką energię wytworzyć, przecież wiesz. Możemy wytworzyć nawet więcej, bo energię skoncentrowaną na jednym punkcie.
Roch pokręcił głową.
- Dobrze – powiedział w końcu. – Ale to nie ja odpowiadam za skutki ingerencji, tylko pan. Niech pan potem nie mówi, że pana nie ostrzegałem.
To powiedziawszy Species ruszył na mostek. McKey dobrze sobie zdawał sprawę z tego, że pierwszy oficer radzi mu dobrze, ale nie mógł się teraz wycofać. Miał tylko nadzieję, że pole rzeczywiście okaże się jedynie pozostałością i nie rozpoczną jakiegoś niepożądanego ciągu zdarzeń.
- Dobrze, Fire – powiedział, kiedy oboje znaleźli się ponownie na mostku. – Twój pomysł, a raczej pomysł Jacka, został przyjęty. Maszynownia?
- Jak tam, kapitanie? – rozległo się na mostku. – Hej, ten system łączności jest całkiem niezły!
- Reiser?
- Nie, straszny kosmita.
- Przestań się wygłupiać, Reiser – prychnął Martin. – Zlikwiduj to.
- Tak jest, szybko i z największą przyjemnością! – zawołał Reiser. Mówił coś jeszcze, ale zbyt cicho i chyba do siebie, bo jego głos został zagłuszony przez dźwięk urządzeń maszynowni.
- Czasami się zastanawiam, Species, czy przydzielono nam rozumną załogę – mruknął McKey, patrząc, jaki skutek przyniesie wykorzystanie najnowocześniejszych dział plazmowych piechoty morskiej.
W stronę pola siłowego wystrzeliła struga światła, powodując, że część załogi zmrużyła oczy, a ta część bariery, która została ostrzelana, stała się na chwilę widzialna, ukazując podobną do zroszonej pajęczyny powierzchnię. Ale tylko na chwilę.
- Nic z tego, kapitanie – odezwał się Frikes ze swego stanowiska. – Bariera jest trochę naruszona, ale nie przepuści statku.
McKey wciąż przypatrując się teraz już niewidzialnej osłonie, znów przysunął się bliżej interkomu.
- Reiser?
- Jak tam , kapitanie?
- Ile włączyłeś dział?
- Dziesięć.
- Włącz wszystkie.
- Wszystkie?! – usłyszeli autentycznie zdumiony głos Morgana.
- Wiem, że prawdopodobnie nigdy ci nie kazano włączać wszystkich, ale ta osłona jest naprawdę mocna. Mały ostrzał nic nie da.
- Dobrze, szybko i...
- Rób swoje, Reiser – przerwał mu Martin i ponownie zwrócił się w kierunku szyby.
Tym razem trochę dłużej nic się nie działo, aż wreszcie pole zaatakowało 25 dział plazmowych. Statek został odrzucony w tył i zalany oślepiającym światłem. Cała osłona stała się widzialna, ujawniając wielką falującą kopułę, otaczającą ich z dwóch stron. Po chwili i to znikło, pękając i powodując jeszcze silniejsze drgania na pokładzie. Wyraźnie widzieli, jak migająca pajęczyna rozszerza się, ukazując coraz więcej pustych dziur, żeby wreszcie w końcu zniknąć zupełnie i ostatecznie.
- Zniszczona! – zawołała Gillian patrząc na swoje czujniki. Jednak to nie było potrzebne. Wszyscy widzieli, że siła dział Frella przekroczyła siłę gwiazdy.
- Moje czujniki też już nic nie wyczuwają – dodał Frikes. – Przez pewną chwilę po wybuchu istniała jeszcze niewielka część pola, ale teraz przed sobą mamy absolutną pustkę.
- Dobrze, lećmy na przód, ale ostrożnie – mruknął McKey. – Włączcie tylko 10-tą zwykłą prędkość.
Frikes uruchomił dodatkowe silniki i Frell 2 zaczął powoli sunąć do przodu. Gdy znaleźli się w miejscu, w którym poprzednio nastąpiła awaria, maszynownia, silniki i mostek nadal działały bez zarzutu i wszystko wskazywało na to, że najwyraźniej nic już im nie zagraża.
- Skoro wszystko jest już w porządku – dowódca podszedł bliżej okna, kiedy pokonywali ostatnie metry zasięgu istniejącej tu przed chwilą bariery – kierunek planeta X.  

środa, 11 września 2013

Catha - Rozdział Pierwszy

Długo wyczekiwany bwahahahaah! Rozdział pierwszy, bo dość miałam już prologów ^^
PS. Kot Pączek naprawdę kiedyś żył i też miał taki dziwny język ^^

Catha - Rozdział pierwszy

Tak, udało mi się przeżyć napisanie tego rozdziału, a później kolejnych i kolejnych. Historia z myszopodobnym stworem zdarzyła się trzy miesiące temu, a wczoraj wieczorem skończyłam pisać powieść. Zabrała mi co prawda 5 lat, bo nie zawsze mogłam tworzyć bez obawy, że coś mi się stanie, ale sprawiła, ze moje życie nigdy nie było nudne. Miałam też pewne szczęście, że moja przyjaciółka, Janine Bennett, była wydawcą, bo nikt inny nie czekałby na powieść pięciu lat (oprócz wydawców George'a Martina), nie wiedząc jaki zysk mu przyniesie. A ponieważ nikt tego nie wie zanim nie rozpocznie sprzedaży, moje książki nigdy by nie wyszły na światło dzienne. Pod tym względem Janine była super. Nie wyznaczała i terminów, nie popędzała, czasami tylko w jakiejś luźnej towarzyskiej rozmowie wspominała, że chciałaby przeczytać coś mojego. Była zapaloną miłośniczką zwierząt i trzymała u siebie sforę psów. Poza tym miała kota, którego nazwała chyba po pijanemu - Pączek Bączek.
Ułożyłyśmy nawet o nim żartobliwy wierszyk:
"Prawa noga mu się plącze
 Lewa również! Biedny Pączek!
Pląta mu się noga z nogą
Jakby był jakąś stonogą
Wszystkich straszy swoim rykiem
I długachnym swym językiem
Język pręga
Długa wstęga
Macha nim na wszystkie strony
Ach! Ten kotek jest szalony!
Pączek Bączek, język, noga
Tak, że myli mu się droga

Pączek macha wyrostkami
Jak zwykłymi odnóżami" 
 - czyli krótko i bezsensownie, jak powiedziałam Janine na drugi dzień po ułożeniu tego "dzieła".
Tak, Pączek nie był foremnym kotem, ale przyczyna jego problemu wcale nie była zabawna. W maleńkości wpadł pod samochód. Razem z Janine jakoś go odratowałyśmy, ale połamane nogi źle mu się zrosły i mimo że cały kot urósł, nogi pozostały takie jakie były - krzywe i małe. Poza tym miał kłopot związany z ciągle rosnącym językiem. Miał tak długi, że gdyby chciał, mógłby oblizać nim oczy. Całe szczęście nie odkrył jeszcze tego wynalazku, bo by sobie oko wydłubał. Pączek był jednak tak wesołym i pełnym życia kotem, ze Janine śmiała się z tego języka, który "plątał mu się między nogami, powodując wypadki", jak często mówiła. Te wypadki powodował jednak w moim domu, bo Bennett trzymała go nie u siebie tylko u mnie, tak więc był bardziej moim zwierzakiem niż jej. Czekałam tylko na to, aż mi go oficjalnie przekaże. Do tego czasu Pączek egzystował u mnie, ciesząc się życiem, wylegując się i niszcząc moją własność prywatną.
Ten właśnie Pączek obudził mnie dziś rano, skacząc mi na twarz, zupełnie jakby myślał, że tak wolno. Muszę jeszcze dodać, że nazywałam go nie Pączek, lecz Donat, bo dla kota to z pewnością mniejszy łamacz języka. Więc Donat wykonał na mnie taniec deszczu i zupełnie nieświadomie wyrwał mnie z głębokiego snu, w jaki zwykle zapadałam gdy odważyłam się zasnąć po godzinie drugiej w nocy. Ale nie ma się co czarować, mimo że było całkiem jasno, na pewno było bardzo wcześnie. Nigdy nie budziłam się po godzinie siódmej, a i ten poranek nie stanowił wyjątku - na zegarku mechanizm wyświetlał szóstą trzydzieści osiem. Westchnęłam ciężko, odgoniłam łaszącego się kota i opadłam bezwładnie na poduszkę.
Odtrącony Donat podniósł dumnie głowę i nie raczywszy obrzucić mnie nawet jednym spojrzeniem ruszył do kuchni i po chwili doszedł do mnie dźwięk, jaki wydawały jego pazurki w kontakcie z czymś drewnianym. Przetarłam zaspane oczy i zamrugałam kilka razy. W myślach przerzuciłam sobie plan dnia. Wczoraj skończyłam pisać, więc miałam o wpół do dwunastej wpaść do Janine, która już czekała na moją nową książkę. Przedtem jednak miałam wizytę u psychologa. Wcale nie dlatego, że czułam się chora, ale dlatego, że ostatnio moim najważniejszym celem w życiu stało się udowodnienie mu, że nie zwariowałam i że naprawdę mam "syndrom twórczej wyobraźni", jak to nazywałam. Leon Farrey, bo tak nazywał się ten lekarz, nie za bardzo mi wierzył, czemu nie dziwiłam się zbytnio, bo spotykał się codziennie z rozmaitymi wariatami i dziwakami różnego autoramentu. Opowiadali mu o swoich rzekomych spotkaniach z UFO, zmarłą matką, albo nawet samym Nabuchodonozorem piszącym na cegłach. Więc dlaczego miałby wierzyć nie za bardzo przepracowującej się pisarce, że nie przepracowuje się jedynie z powodu armii złośliwych potworów? Spotkanie miałam za dwie godziny, chociaż proponowałam wcześniejszą porę, żeby mieć to z głowy.
Lekkie skrob skrob kocich pazurków stało się głośniejsze i szybsze, jakby kot czegoś szukał. Pomyślałam o nadchodzącym dniu, o cudownym spotkaniu z Janine i jej kolegami z redakcji i zwlokłam się niechętnie z łóżka. Podłoga była zimna, a ja jak zwykle zapomniałam położyć blisko kapcie. Pobiegłam w podskokach do kuchni, gdzie nie było chłodnych kafelków i gdzie Donat dokonywał swojego dzieła, cokolwiek to było. Włączyłam od razu kasetę Garbage, jedną z tych, które przewijały się pięćdziesiąt razy dziennie przez mój magnetofon, po czym zaczęłam szukać wzrokiem kota. Donat był mały, biały z rudo-czarnymi plamkami, więc był jaskrawy. Poza tym miał mocno fosforyzujące oczy, błyszczące przy najmniejszym ruchu. A teraz ruszał się wyjątkowo energicznie. Piosenka "When I grow up" zagłuszała trochę jego pomiaukiwania i skrobanie, ale na pierwszy rzut oka widać było, że usilnie pracuje, próbując wydostać coś spod szafki. Wynalazł przestrzeń między kuchenką, a tą właśnie szafą i wsuwał w nią łapki aż po same ramionka. Zbliżyłam się, marszcząc z zaintrygowaniem brwi, ale Donat nawet na mnie nie spojrzał. Robił swą pracę.
- Co z tobą? - spytałam, kucając.
Donat robił pracę.
Odsunęłam kota, niezbyt zadowolonego z takiego obrotu sprawy i sama zaczęłam wpychać palce w otwór. Od razu zauważyłam, że powinnam dawno odsunąć piecyk i zrobić tam porządek, ale to odkrycie nie zraziło mnie. Robiłam pracę Donata. W końcu pod opuszkami palców poczułam coś twardego i suchego, co mogło być jedzeniem, które nęciło mojego żernego zwierzaka. Wyciągnęłam to na światło dzienne. COŚ było suche, poskręcane i odrażające, co nie trudno sobie wyobrazić, gdy powiem, że było niczym innym jak - uchem zabitego przed trzema miesiącami myszopodobnego stwora. Skrzywiłam się z obrzydzeniem, ale go nie wyrzuciłam, tylko przyjrzałam mu się uważnie. Nie zgniło, tylko wyschło, oblepione tą białawą galaretą udającą krew. Było paskudne i cuchnące jak stara ptasia kupa i równie dobrze się prezentowało. Poza tym wyglądało jak ucho potwora. I idealnie nadawało się na prezent dla Leona Farreya, psychologa-niedowiarka.
- Co o tym myślisz, odkrywco? - spytałam kota, podsuwając mu pod nos zdeformowaną część ciała.
Donat miauknął.
- Masz rację - skinęłam głową i wstałam. Poszłam do łazienki, umyłam się, potem zrobiłam sobie szybko tosty, wyłączyłam magnetofon, pakując jednocześnie kasetę do walkmana.
- Pokażę mu to.

*
Gdy znalazłam się wraz z uchem mutanta i moją - jak stwierdził Farrey - nadwerężoną psychiką (co było oczywistą bzdurą) w klinice, odkryłam, że poprzednia sekretarka psychologa, Susan, już u niego nie pracuje. Na jej miejscu siedziała gruba bardzo czarna Murzynka i obgryzała paznokcie. Nie chcę wyjść tu na rasistkę, ale z praktyki wiem, że grube Murzynki nie nadają się na lekarskie pielęgniarki. Nie mają ani predyspozycji (co nie byłoby jeszcze tak tragiczne, mnóstwo osób nie ma predyspozycji) ani niestety również taktu.  Ta tu obecna nie stanowiła wyjątku. Gdy do niej podeszłam, spojrzała na mnie jak na dziwo, wywiercając mi przy okazji dwie wielkie dziury w oczach tym spojrzeniem.
- Nazwisko - powiedziała beznamiętnym, zduszonym tonem, który wyrażał autentyczną niechęć do mnie i w ogóle do całego świata.
- Smith - odparłam takim samym tonem, tylko bez zduszenia, bo w przeciwieństwie do niej nie byłam słoniem.
A ona dalej zabijała mnie wzrokiem. Byłabym przerażona, gdyby to na mnie działało.
- Wie pani - stwierdziła, przybierając minę kaszalota. - Przydałoby się też imię. Muszę panią wyłuskać spośród innych Smithów.
- Faith-Zolerai.
Szczęka jej opadła, a spojrzenie nie wywiercało mi już dziur w oczach, ono dosłownie przewiercało mnie na wylot. Patrzyła na mnie, jakby próbowała pogodzić niezwykłe Faith-Zolerai z takim pospolitym nazwiskiem jak moje. Pewnie by jej się to nie udało, gdybym jej nie pomogła.
- Jestem umówiona z doktorem - podsunęłam.
Pokręciła głową, jakbym zrobiła coś złego, zapisała jakąś kartkę, odłożyła ją i znów machnęła górna częścią szyi.
- Doktor czeka na panią.
To jasne, że doktor czeka, bo jestem jedyną osobą, która umówiła się z nim na wizytę o tej godzinie. Sekretarka chyba także uważała, że nie jestem normalna (no bo co w końcu bym tu robiła), bo wodziła za mną wzrokiem, dopóki nie zniknęłam w innym korytarzu. Zabawne, co może przyciągnąć uwagę takich jak ona.
Na końcu korytarza, w który skręciłam, a były tylko dwa, znajdował się gabinet doktora Farreya. W pewnym sensie był to korytarz prowadzący właśnie do tego gabinetu. Klinika doktora Farreya była jedną z tańszych w okolicy, może dlatego, że doktor Farrey nie przyjmował ciężkich przypadków. Nie słyszałam jeszcze, żeby pomógł jakiemuś seryjnemu mordercy pożegnać się ze światem otwartym i przenieść w na oddział zamknięty, ale to chyba było mało ważne w moim przypadku. W końcu nie byłam "jeszcze" tak szalona, żeby zabijać kogokolwiek. I tak część miasta uważała mnie za nie całkiem normalną, tylko dlatego, że cztery razy byłam u psychologa. I niech im wyjdzie na zdrowie. Być może przestanę do niego chodzić, jeśli tylko uwierzy dzisiaj w to, że pokazana przeze mnie stara skorupa nie jest zeschłym grzybem z oznakami zeschłej pleśni, tylko uchem monstra. Gdy popchnęłam drzwi prowadzące do gabinetu, zastałam Leona siedzącego w obrotowym fotelu i wpatrującego się uporczywie w ścianę. Zapewne spodziewał się, że wejdę, ale nie przypuszczał, że tak szybko, bo jak mnie zobaczył, podskoczył jak oparzony, zupełnie jakby siedział do tej pory na szpilkach i dopiero teraz to zauważył. Weszłam spokojnie do środka i zamknęłam za sobą drzwi.
- Chyba nie wystraszyłam? - spytałam żartobliwie.
- Miło, że jesteś - mruknął obrażony. Widocznie ugodziłam w jego męską dumę. - Masz mi coś do pokazania? Co to? Mam nadzieję, że coś ważnego, bo wizyta o dziesiątej nie jest moim niespełnionym marzeniem.
- Przypominam, że umówiliśmy się tydzień temu, czyli 6 dni i 11 godzin przed moim dzisiejszym telefonem.
- Czy to ważne? Jestem śpiący.
- Śpiące mogą być dzieci, dorośli są zmęczeni albo niewyspani.
- Nie chwytaj mnie za słówka. I tak miałem z tobą porozmawiać - spojrzał na mnie z ukosa. - Zakładam, że nadal masz te zwidy?
- O tak - odparłam. - Na przykład wczoraj widziałam cię w damskich figach staniku. Tańczyłeś przy rurze, zarzucając blond włosami.
- Przed chwilą sekretarka przesłała mi wiadomość o ty, że zachowywałaś się opryskliwie - ciągnął dalej niewzruszenie. - Musisz być taka nieprzyjemna?
- To nie ja tańczę w biustonoszu w nocnym klubie.
Podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy.
- Naprawdę to widziałaś? - podchwycił.
- A jak myślisz?
- Myślę, ze potrzebujesz pomocy, Zolerai - odparł i usiadł z powrotem w fotelu. Ja zajęłam miejsce dokładnie na przeciwko niego. - Ty naprawdę w to wierzysz i próbujesz w dodatku sprawić, żebym ja też uznał to za prawdę. Ale to niemożliwe. Nigdy nie uwierzę, że w twoim domu roi się od demonów. I ty też powinnaś przestać.
- Nigdy nie twierdziłam, że w moim domu roi się od demonów. Jest ich tylko parę.
- Czy zawsze musisz żartować?
- To poprawia mi samopoczucie.
- Ale mnie nie.
- Trudno. Każdy postrzega życie tak jak chce.
- Czemu byłaś nieprzyjemna w recepcji? - drążył. Zawsze w ten sposób rozmawialiśmy. Dociekliwe pytania zawsze mnie, jeśli nie denerwowały, to prowokowały i lubiłam odpowiadać na nie tak, żeby ten kto je zadawał, też się denerwował.
- Powiedziałam jedynie moje imię i nazwisko.
- Ale opryskliwym tonem.
- Nie sądzę. Proszę spytać oskarżycielkę. Oko za oko, ząb za ząb. Po prostu nie pozostawałam dłużna. Czy możemy mówić o czymś innym?
- Oczywiście - Leon wbił we mnie wzrok, zupełnie jak Murzynka poprzednio. - O czym?
- Może o tym, co trzymasz pod tymi papierzyskami - wskazałam na stertę dokumentów.
Doktor zmarszczył brwi.
- Skąd wiesz, że coś tam trzymam?
- Ósmy zmysł.
- A nie szósty?
- Pozostałe dwa już odkryłam.
Farrey, w dalszym ciągu nie spuszczając ze mnie wzroku, sięgnął po małą kartkę, którą, co zauważyłam przy wejściu, schował jak tylko mnie zobaczył. Wiedziałam, że ta rozmowa go denerwuje. On lubił rozwlekłe pogawędki i rzewne wynurzenia dotyczące matki, a ja niestety nigdy mu tego nie dawałam. Może dlatego, że nie pamiętałam matki. Chociaż Farrey przyczepiłby się i do ojca, gdybym wspomniała o nim choć jednym słowem i gdyby w ten sposób znalazł choćby nikły punkt zaczepienia w rozmowie ze mną.
Papier był śliski i prostokątny. Wydawało mi się, że to jakieś zdjęcie, ale drogą logicznej dedukcji doszłam do wniosku, że chyba nie zamierza mi pokazać swojej cioci uwiecznionej w momencie wyciągania tłustej kiełbasy z grilla. Pomysł więc był niedorzeczny. Okazało się, że przyjmując go za pewnik, popełniłabym niewybaczalny błąd, ponieważ Farrey, przypomniawszy sobie, że jest psychologiem z krwi i kości, teatralnym gestem odwrócił kartkę w moim kierunku, stronę zapełnioną licznymi plamami atramentu bez ładu i składu.
- Co to? - spytałam, udając, ze nie wiem. - Praca na kółko plastyczne?
Leon był jednak niewzruszony, jak na lekarza przystało.
- To test Roechacha. Powinienem był pokazać ci go jak tylko do mnie przyszłaś, cztery tygodnie temu. To jedna z podstaw psychologii. Wiesz na czym polega, prawda?
- Tak, ale ma na celu ustalenie osobowości. Pokazując mi go teraz, ocenisz stronniczo każdą moją wypowiedź i dopasujesz do swojego wyobrażenia.
- Co masz na myśli?
- Bo niezależnie od tego co powiem, zawsze będziesz myślał, że w tej wielkiej czarnej plamie widzę potwory i demony - odparłam. Spojrzałam mu w oczy. - Nie mam racji?
- A co widzisz, Faith?
Zerknęłam na kartkę, po czym wzięłam ją do ręki i uważnie przestudiowałam. Dwa razy przyszło mi coś do głowy, nikłe zarysy, jednak zaraz odgoniłam te myśli i skupiłam się na plamie. W końcu zobaczyłam tylko ją, nic nie powołałam do życia, o czym zgodnie z prawdą powiedziałam.
- Nic.
- Musisz coś widzieć.
- Plamę.
- A oprócz plamy?
- Tylko plamę - oddałam mu kartkę. - Ten test jest odzwierciedleniem osobowości. Wiesz, mordercy widzą krew, zakochani serca. Ja widzę plamę atramentu, bo to właśnie nią jest i nie zaryzykuję dopatrzenia się czegoś innego niż faktu, bo wszystko co nie jest prawdą, jest wytworem wyobraźni. A ja - przybliżyłam się do niego - nie wyobrażam rzeczy nie będących faktami. A więc jeśli nie jest plamą atramentu, to czym jest? Może ty mi powiesz? Ja nie potrafię.
Był trochę zaskoczony, ale starał się nie dać tego po sobie poznać.
- To nie mój test, tylko twój.
- A więc nie widzisz nic? - wykrzywiłam się i podetknęłam mu test pod nos. - Nawet plamy? Skoro Roechacha jest odzwierciedleniem tego co aktualnie masz w głowie, ty doktorze, masz tam pustkę. To prosta dedukcja.
- Proste jak obręcz - mruknął Farrey i zabrał kartkę. Widać było, że porządnie się zdenerwował. - Pół godziny minęło. Mam następnego pacjenta.
Oczywiście nie miał i nie umawiał się na pół godziny, ale zdało mi się, że chyba go zapędziłam w kozi róg.
- Jedną chwilkę - uspokoiłam go i zaczęłam grzebać w torbie, którą przyniosłam ze sobą. - Mam dla ciebie prywatny test osobowościowy. Chcesz go poznać?
Farrey może był wkurzony, ale ciekawość zawsze u niego brała górę. Skinął nieznacznie głową i usiadł z powrotem na fotelu, z którego wstał, gdy oddałam mu kartkę.
- Masz pięć minut.
- To zajmie trzy. Mój test różni się od twojego, bo jest przestrzenny. Jeśli dopatrzysz się w tym czegoś innego niż ja, uznam że coś jest ze mną nie tak i zacznę się kurować na głowę. Zgoda?
Leon znowu przytaknął.
- A więc zaczynamy. Oto test.
Odsunęłam walkmana i wyciągnęłam z torby mały celofan.
- Wystaw dłoń.
Leon wyciągnął rękę, a ja szybko wyrzuciłam na nią spleśniałe ucho stwora. Doktor w pewnym momencie nie za bardzo wiedział co z nim zrobić, dopóki nie pomyślał że ucho nie jest przyjemną rzeczą do trzymania i nie wyrzucił go na stół.
- Jezu, co to! - zawołał, wycierając z obrzydzeniem ręce o spodnie.
- To pan ma zgadnąć, nie ja - udałam niewinność.
- Stary grzyb, albo ptasia kupa. Cokolwiek to jest, zabieraj się z tym i więcej mi tego tu nie przynoś. Jeśli to miał być żart, to ci się nie udał i...
- To ucho stwora - wtrąciłam.
- ...i nie próbuj mi wmówić, że...Co powiedziałaś?
- To ucho potwora. Odrąbałam mu je trzy miesiące temu i...
Nie dał mi dokończyć, bo nagle zerwał się z fotela, chwycił mnie za rękę i siłą zaciągnął do drzwi.
- Ty potrzebujesz pomocy, Zolerai - mówił, "odprowadzając" mnie do wyjścia. - Ale ja ci tej pomocy nie potrafię udzielić. Na pewno istnieje psychiatra, który to potrafi, ale mnie to niestety przerasta. Wróć za rok, alb za dwa, kiedy już cię wyleczą...
- Tak się zezłościłeś o to ucho? Więcej nie przyniosę.
- Żegnaj, Faith - odparł i zamknął za sobą drzwi, zostawiając mnie na korytarzu samą. No, może nie samą, bo z recepcjonistką, która wlepiła we mnie swój rybi wzrok, jak w najgorsze dziwo. Zapewne rzadko widuje się, jak rozstrojony psychicznie psycholog wyrzuca pacjenta z kliniki, ale nie zamierzałam jej darować tej ciekawości. Wystawiłam więc język, nie zwracając uwagi na to, co o mnie pomyśli, po czym wyszłam z budynku. No cóż, teraz przynajmniej nie będą się za mną oglądać na ulicy, bo chodzę do lekarza od głowy. Będą się za mną oglądać, bo do niego nie chodzę, co już od razu lepiej brzmi. poza tym nigdy nie zwracałam uwagi na to, co ludzie o mnie powiedzą, co okazywałam dość często. Jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi byli ludzie z redakcji Janine i teraz właśnie do nich skierowałam swe kroki. Ucho zostawiłam na pamiątkę pamiętnego dnia, w którym przekonałam Leona Farreya, że nie musi mnie leczyć.

wtorek, 3 września 2013

Smoki

Takie małe cuś, co stworzyłam po napisaniu opowieści o smoku i najemniczce ^^ Uwielbiam smoki, tak swoją drogą.

SMOKI - CHARAKTERYSTYKA

Smoki stanowią element dość powszechnie znany i przez niektórych nawet lubiany - oczywiście ci, którzy skończyli jako ich posiłek, przeklinają je po wsze czasy. Ci, którzy smoki lubią, zazwyczaj przeszukują tajemne księgi w poszukiwaniu informacji o nich, a jeśli zdarzył się cud i smoka spotkali i nie zostali pożarci, opowiadają wszystkim o zaletach swego ulubieńca, po czym cicho stąpając zawiązują mu kokardkę na ogonie.

Smok. Stworzenie bardzo często ziejące ogniem, bądź też parą, plujące jadem lub ziejące lodowatym oddechem. Piękno tych stworzeń jest niezaprzeczalne - ich chód, sposób poruszania głową, często nieziemska wprost inteligencja idą w parze z pewną krwiożerczością, czy to smok o dobrym usposobieniu czy nie. Jeść smok musi, nawet jeśli kocha wszystkie stworzenie - wtedy to ze łzą w oku rozszarpuje swą zdobycz na cząstki pierwsze, by nie widzieć, co je. Ale takie przypadki zdarzają się wyjątkowo rzadko. Smoki nie słuchają swoich przyjaciół, gdyż zawsze wiedzą lepiej i prawie nigdy nie dają się oswoić. W literaturze fantastycznej da się spotkać oswojone smoki, jednak - przyznajmy - to tylko bajki. Smoki kochają wolność i nigdy nie pozwolą, by ktoś na nich jeździł, jak na koniu (vide wspaniała, lecz nie trzymająca się realiów książka "Jeźdźcy smoków z Pern"). Jednak trzeba zastrzec, że jeśli kogoś pokochają, potrafią wytrwać przy tej osobie lata, z własnej nieprzymuszonej woli, nie tracąc nic ze swej dzikości.

Smoki są samotnikami. Lubią ciche lasy (ale niezbyt zarośnięte, by ich skrzydła mogły się pomieścić). Lubią osamotnione szczyty gór i stare bagniska. Ich ulubioną zaś formą terenu są wielkie stepy, porośnięte trawą. Wtedy naprawdę czują wolność, którą przypisała im natura. Oczywiście każdy rodzaj smoka lubi inne środowisko. Zaś wszystkie kochają wprost jeziora, gdzie mogą obmyć się z kurzu i - przyznajmy to - pozostałości po posiłku.

Każda rasa smoka to zupełnie inne spojrzenie na sprawę smoczą. Każdy jest inny, ale wszystkie mają w sobie coś z kota. Chodzą własnymi drogami i zawsze spadają na cztery łapy. Odsyłam do sławnej księgi mistrza Rosenbarga "O kotowatości smoków Ramsaya". Mistrz dowodzi w niej, że smoki moje tak naprawdę są praprzodkami kotów. Pomysł być może niedorzeczny, ale jakże interesujący. Mistrz ów został połknięty pamiętnego dnia przesilenia wiosennego przez Atkalona, jednego z moich smoczych towarzyszy.

Zapewne fani fantastyki przeczytali dużo książek o smokach, gdyż tam zakorzeniły się bardzo mocno, wszystkimi szponami, zahaczając nawet jednym zębem. Ewoluowały przez wieki, by stać się legendą, bez której rzadko która powieść o tej tematyce może zaistnieć i nie opaść na samo dno. Nawet gdy wspomina się o wymarłych smokach, ich duch fruwa gdzieś nad naszymi głowami, pozostawiając w sercu tęsknotę za dawno minionymi czasami. Różnie się przedstawia smoki - od głupich maszynek do zabijania, po inteligentne potwory z mnóstwem dzikich pomysłów w głowach. Takie są moje smoki. Dzikie pomysły, pukanie się w czoło, gdy widzi się wyjątkowo głupiego człowieka z lancą, bieżącego na łeb i szyję, ironiczne uśmiechy i naprawdę godna podziwu odwaga.


RASY


Smoki bagienne.
Smoki bagienne występują tylko na terenach podmokłych. Nie lubią ruszać się ze swoich legowisk, dlatego też trudno je spotkać gdzieś indziej. W zasadzie ogólnie trudno je spotkać, gdyż tak jak nie lubią same być gośćmi innych, tak nie lubią intruzów w swoich pieleszach. Jako smoki Ramsayowe posiadają wysoce rozwiniętą inteligencję, która pozwala im wystawiać straże na granicach swoich "posiadłości". Zazwyczaj strażnikami są ci sami osobnicy. Smoki te należą do smoków średnich jeśli chodzi o wzrost i bardzo chuderlawych jeśli chodzi o wagę. Praktycznie nie istnieją grube smoki bagienne. Dlatego też nie lubią wdawać się w różne walki, gdyż zazwyczaj, jeśli już do takiej dochodzi - przegrywają sromotnie. Ich barwy są maskujące, buro-zielone, gdyż z takimi kolorkami najłatwiej uciec przed oczami innych. A dlaczego chcą uciekać? Smoki bagienne są dziwne. Samotnicze. Nazywa się ich tymi-z-pustymi-oczami. Ich spojrzenie bowiem nie wyraża nic, jakby spoglądało się w studnię bez dna.
Smoki te są smokami jadowymi, tzn. plują jadem na odległość około trzech metrów. Wyróżniamy trzy rodzaje jadu smoka bagiennego, każdy o innym działaniu: letrytowy spala skórę, nutrowy wnika w nią i zatruwa tkanki wewnętrzne, sillikowy zatruwa cały organizm toksynami. Nie jest jednak nigdzie napisane, który smok posiadać będzie określony rodzaj jadu. Zazwyczaj jest to zależne tylko i wyłącznie od sił natury.
Jako smoki Ramsayowe bagienne smoczydła potrafią latać i mają rozwinięte skrzydła.

Smoki drzewne.
Ewolucja jest tak pokrętna, że kiedyś u zarania czasów stworzyła nimfy i driady. A ponieważ nie dość było jej szaleństwa, postanowiła stworzyć najmniejsze ze wszystkich smoków - chodzi oczywiście o huncwoty leśne. Jak nazwa wskazuje - huncwoty leśne - lubują się we wszelkiego rodzaju kpinach, głupich dowcipach, złośliwych działaniach i gnębieniach wszystkiego co żyje. O nie, one nie są złe (bo to, czy smok jest zły czy nie, zależy jedynie od charakteru pojedynczych smoków). One są po prostu złośliwe małpy (nawet po drzewach wspinać się potrafią). Są wyjątkowo małe i zwinne, z bardzo chwytnymi i sprawnymi rączkami. Kopią nimi doły w lasach, tak by wpadały w nie różne stworzenia, np. ludzie, którzy najbardziej pomstują na huncwoty. Organizują nawet zloty rycerskie, aby je wszystkie wybić, lecz kiedy już dochodzi do takiego zlotu, nie spotykają na swej drodze ani jednego smoka, choćby nie wiem jak szukali.
Smoki drzewne plują jadem, ale tylko jednym rodzajem - nutrowym. Posiadają też skrzydła - nie ma nic wspanialszego niż niski lot smoków drzewnych nad koronami wyżej wymienionych. Smoki te żyją praktycznie w każdym niezbyt gęstym lesie.

Smoki stepowe.
Największe i najdostojniejsze smoki Ramsayowe. A ponieważ stepy zaśmiecają prawie cały wymyślony świat, jest też ich najwięcej. Są niewątpliwe najgroźniejszym z występujących gatunków, nie tylko ze względu na swoje rozmiary, ale także ze względu na drażliwy charakter. Nikt przy zdrowych zmysłach nie obraża smoka stepowego, gdyż ten natychmiast unosi się honorem i spopiela delikwenta. W stosunku do wrogów są straszne, dla przyjaciół są najwierniejszymi i najbardziej oddanymi partnerami w zbrodni. Jednak nie znaczy to, że pozwalają się dosiadać. Jak wspomniałam we wstępie, żaden smok na to nie pozwala, zwłaszcza tak dumny jak smok stepowy.
Jak już się pewnie po "spopieleniu" domyśliliście - są to smoki ogniowe. Potrafią zionąć strumieniem ognia bądź też ciskać kulami ogniowymi, zależy od nastroju. Ognia stepowych smoków nie da się ugasić, dlatego trzeba cierpliwie czekać aż sam się ugasi (wiem, nie umiem żartować). Ich umaszczenie jest zazwyczaj złote lub czerwone, zależnie od występowania - te urodzone na północy są złote, te na południu, czerwone. Nikt nigdy nie widział, by smok stepowy urodził się na wschodzie czy też zachodzie. Pewnie dlatego, bo nie ma tam stepów. Za to dorosłe już smoki fruwają po całej krainie, nie zwracając uwagi na osiedla ludzkie ani na inne gatunki smoków.

Smoki pustynne.
Czasem natura daje komuś coś, w zamian za coś. Bo wszystko na świecie kosztuje, nie ma nic za darmo. Doskonałym przykładem tej tezy są smoki pustynne. Natura obdarzyła je bowiem darem widzenia. Potrafią widzieć najbliższą przyszłość, jednak nigdy za wiele, tylko troszkę. Płacą za to skłonnościami do depresji, nerwicy i w końcu szaleństwa. Wiele z tych smoków błąka się po pustyniach całkowicie obłąkanych.
Ponieważ żyją na pustyni, musiały wykształcić pewnego rodzaju odporność na brak wody. Dlatego też smok ten potrafi przeżyć bez wody ponad tydzień w podskokach. Poza tym chłodzą wszystko wokół mroźnym oddechem, także gorąco nie dopieka im tak, jak by się można było spodziewać. Tym oddechem mogą człowieka zmienić w sopel lodu, a że rażą nim na duże odległości - potrafią utrzeć nosa smokobójcom.
Zazwyczaj są białe, w słońcu zaś ich skrzydła mienią się feerią barw.

Smoki górskie
Jedne z ciekawszych smoków. Zazwyczaj swoje pielesze zakładają na płaskich szczytach gór (ewentualnie płaskowyżach) lub też w jaskiniach. Jaskinie muszą być jednak wysoko położone, gdyż smoki te uwielbiają wysokości. Im większe tym lepsze. Szybują czasem nad szczytami, przysiadają na iglicach a czasem nawet spadają w dół, by zatrzymać się nad samą ziemią. Krótko mówiąc, gdybym je miała jakość umiejscowić jeśli chodzi o żywioły, byłyby to smoki powietrza.
Dlaczego są ciekawe? Ponieważ zioną zarówno lodowatym oddechem, jak i parą. Para jest - w zależności od nastroju smoka - zimna lub ciepła, ale nigdy gorąca. Za pomocą ciepłej pary smoki górskie podgrzewają sobie jedzenie. Nie ma to jak gotowany świniak.
Są bardzo łagodne i praktycznie nie atakują ludzi, chyba że ci znajdą się zbyt blisko ich terytorium. Wtedy potrafią nawet zamrozić delikwenta, nawet jeśli potem tego żałują. Kolorystycznie podobne są do smoków pustynnych, ale więcej w ich łuskach jest szarości, czasem zdarza się też czerń. Nie muszą się specjalnie maskować, bo żyją w miejscach, gdzie wrogowie są mało liczni.