poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Z moim smokiem - krótkie opowiadanie

Coś tak na szybko, nie dotyczące Cathy. Napisałam to dawno daaaawno, ale nadal jestem z tego dość dumna. Oczywiście wpływ wieśmina ;)

Z MOIM SMOKIEM

Jako że upał był jak na tę porę niemiłosierny, przewiesiłam kubrak przez ramię i przystanęłam na chwilę jeno, by pot otrzeć z czoła. Jak na ironię rzepa męczącego okoliczna wioskę gdzieś wywiało, więc zdziwiłoby mnie, gdybym poszła dziś spać bogatsza choć odrobinę.
Góry Święte, jak ich nazwa wskazywała, święte były, tak więc nikt się w nie bez ważkiego powodu nie zapuszczał. Mogłabym więc skłamać wieśniakom, że rzep nieżywy leży w kałuży, łapy wyciągnąwszy przedtem, jednak jeśliby drań powrócił, marny byłby mój los. Nie chcąc robić sobie wrogów w kolejnej wiosce, a miałam już ich kilku...nastu...no dobrze, kilkudziesięciu, ruszyłam dalej kamienistą ścieżką, wypatrując rzepa wokół.
- Rzepie! – zawołałam. – Gdzie cię, psia mać zawiało!
Lecz oczywiście odpowiedzi nie otrzymałam, bo rzepy mówią tylko wtedy kiedy to im na rękę. A rzepy te zazwyczaj wskakują ludziom na głowy i oczy im lubią wydrapywać, tak więc nic dziwnego, że mieszkańcy wioski wynajęli najemnika. Czyli mnie.
- Rzepie, do stu pogiętych kości węża Nidhogga! – krzyknęłam, przypominając northlandzką legendę o potężnym gadzie, co to władcy krasnoludów imię chciał, drań, zabrać. Nawet jednak na tę jakże oczywistą groźbę w słowach moich potwór nie zareagował.
W tym samym jednak momencie, gdy już myślałam, że odwrót będzie najmądrzejszą rzeczą, coś capnęło mnie z całych sił za głowę i dalej mi szarpać włosy! W porę złapałam to coś za futro, bo już sięgało szponami swymi do moich oczu. Rzep odpadł, ale natychmiast znów się podniósł, sypiąc naokoło przekleństwami niczym norrincki pirat w tawernie. Że też tyle bestia tego znała. Wyjęłam miecz i złapałam za rękojeść obiema dłońmi.
- Albo ty albo ja – syknęłam, po czym ostrze mojego Riwwinga przecięło powietrze, odrąbując rzepowi dwa włosy. To jeszcze bardziej rozsierdziło bestię. Plując naokoło śliną i włosami rzuciło się w stronę mojej twarzy. Sprawa zaczęła wyglądać nieciekawie. Rzep najwyraźniej był wściekły, czego na pewno mógł się nabawić u okolicznych wiewiórek.
Mój miecz znów przeciął powietrze, tym razem rozczłonkowując rzepa trochę. Ręka poleciała na kamienie ścieżki a ja zrobiłam półobrót, unikając pazurów drugiej, jeszcze żywej, łapy. Tym razem to, co powiedział o mnie rzep, nie nadawało się nie tylko dla uszów delikatnej niewiasty, ale także dla uszu wspomnianego już norrinckiego pirata. Chlapiąc wszystko naokoło krwią sikającą z odrąbanej kończyny wysunął łapy tylne i tymi to tylnymi łapami nakierował się ponownie w stronę mojej twarzy. Tym razem był szybszy. Przyszpilił mi się nogami do policzków, zahaczając ostrymi pazurami o skórę i robiąc mi parę nieciekawych zadrapań dość głębokich, by móc się nimi zacząć martwić. Jego lewa ręka była niebezpiecznie blisko mojego prawego oka. Zaczęłam szukać gorączkowo wokół siebie jedną ręką jakiegoś kamienia, gdyż druga dalej trzymałam rzepa na stosunkowo bezpieczna odległość. Nareszcie! Wzięłam w dłoń dość pokaźny kamień i rąbnęłam nim z całej sił w łeb potwora. Ten zaraz poluzował uścisk. Ja wręcz przeciwnie, złapałam drania jeszcze mocniej, waląc mu kamieniem w głowę niczym oszalała. Stukałam go tak długo aż wreszcie oklapł. Runął na ziemię niczym wór ziemniaków, po czym znieruchomiał. Czyżbym zabiła go waląc w łeb kamieniem? Bardzo możliwe, gdyż rzep takowoż zbyt silnego łba nie ma, to raczej jego rączki sieją postrach wśród ludności.
Już miałam bestię nieżywą zarzucić na ramię i zejść kamienistą drogą do wioski, gdzie czekano na mnie i trupa z kiesą pełną monet, gdy nagle dał się słyszeć głos straszliwy. Ryk tak potężny, że góra się prawie że zatrzęsła. Nie trwał jednak długo, gdyż szybko oklapł, tak jak i rzep. Przeszedł w pisk świergotliwy, po czym zamarł zupełnie (też jak rzep). Za to dały się słyszeć głosy ludzie.
- Przybij ją mocniej! – krzyczał dudniący bas.
- Próbuję, Stork, ale gadzina nadal silna!
- To we dwoje ją, we dwoje!
Zaintrygowana porzuciłam rzepa tam gdzie legł, po czym zaczęłam się wspinać po stromiźnie w górę. Ścieżka niestety kończyła się tam gdzie stałam, a jej miejsce zajmował rumosz skalny. Wypatrując oczy wspinałam się z wielką ostrożnością, tym bardziej, że pomiędzy głosami ludzkimi pobrzmiewał lekki pomruk. W pewnym momencie doleciał mnie odór siarki.
- Smok? – spytałam sama siebie. Czułam już wiele zapachów, ale taki, specyficzny, zapach zawsze oznaczał smoka ognistego. Przyspieszyłam zatem, gdyż smoki takowoż stanowiły obiekt mojego wielkiego zainteresowania.
Nie trwało długo, gdy wychynęłam zza skały, a mym oczom ukazał się specyficzny widok. Półżywy czerwony smok próbował wstać, powarkując, a siedmiu ludzi w płaszczach świadczących niezbicie, że w służbie króla są, dźgało go czym popadnie i co najgorsze, gdzie popadnie. Jeden cisnął lancą w tylną część jego ciała, co wywołało taką reakcję, że smok zionął w tamtym kierunku ogniem, doszczętnie paląc rycerza.
- I dobrze ci tak – mruknęłam cicho.
Jednak jego kompani nie zapatrywali się na to tak jak ja.
- Patrz, co zrobiła z Karczim! – ryknął wściekle jeden z bandytów pogiętych i zamachał mieczem przed oczami smoka. – Zabić ją! Zabić ją wreszcie! Bez zabaw!
- To zrób to jeśliś taki mądry, najwidoczniej trochę ducha w niej się jeszcze kołacze – odwarknął drugi.
Smok, pomimo ciężkich ran, próbował podnieść się na nogi. Szóstka zawadiaków jego królewskiej mości natychmiast dopadła do niego celując mieczami wprost w oczy nieszczęśnika. Czas bym ja wkroczyła.
Zsunęłam się cicho ze skały, dalej trzymając w dłoni miecz, którego nie schowałam po walce z rzepem, po czym równie cicho podeszłam od tyłu do grupki rycerzy.
- Zabij, zabij!
- W oko, w oko!
- W pysk celuj, przebij gardziel!
- A ja proponuję, by panowie odstąpili grzecznie od tego stworzenia i udali się swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi.
Odwrócili się jak jeden mąż i wlepili we mnie ślepia niczym puchaczka w ciemną noc.
- A co cię sprawa obchodzi, kobieto! – wrzasnął ten, który wcześniej tak opłakiwał Karcziego.
- A to mnie obchodzi, że smoki to ma dziedzina i nie pozwolę ostrzy tępić na ich szlachetnych głowach – odparłam całkiem poważnie.
- Słyszeliście!? Ta baba prawi, że to szlachetne zwierzę!
- To bestia! Bestia, którą trzeba ukatrupić!
- W takim razie będę musiała sięgnąć do przemocy.
- Słyszeliście ją! Prze...moo..c...
Tu urwał swoje popiskiwania, gdyż ja, przerzuciwszy miecz do lewej ręki sięgnęłam za pas. Natychmiast aktywowałam swój własny wynalazek, czyli wyrzutnię ostrzy, sztylety naszpikowały mój pas niczym kolce jeża. Zza rękawów wytrysnęły mi ostrza, które według tego, co opracowałam, wystrzeliwały niczym z łuku, gdy tylko tego zapragnęłam.
- Przemocy, moi drodzy – powiedziałam z naprawdę paskudnym uśmiechem. – I zapewniam was, że lepiej sobie z wami poradzę niż ten zdychający smok.
Rycerze jego królewskiej mości w liczbie sześć natychmiast wzięli nogi za pas. Uroczy był to widok, gdy banda darmozjadów biegła przez skały i kamienie, porzucając po drodze broń. Najwidoczniej odwaga nie należała do ich najwidoczniejszych cnót. Po chwili tyle ich widzieli.
Smok nadal leżał tam, gdzie go zostawili. Podeszłam ostrożnie i przykucnęłam przy jego łbie. Smok spojrzał na mnie, po czym opuścił łeb, zamykając jednocześnie oczy.
- I co oni z tobą zrobili – powiedziałam, dotykając lekko nozdrzy zwierzęcia. Smok mruknął i wypuścił parę, mocząc mi dłoń. Nie cofnęłam jednak ręki. – Myślisz, że się jakoś z tego wyliżesz?
Smok westchnął ciężko i wydał odgłos tak żałosny, że aż serce mi się ścisnęło.
- Powinnam ich była zarąbać, jak tam stali – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Widać od razu żeś chory, nawet mówić nie możesz. Na chorego smoka się pchać, to brak honoru i podła rzecz, jako tu stoję...siedzę.
Smok westchnął raz jeszcze, po czym znów mu opadły powieki, które na chwile otworzył. Tym razem jednak na zawsze.
Spuściłam głowę, chcąc uczcić śmierć szlachetnego zwierzęcia minutą ciszy. Potem wstałam i otrzepałam spodnie z kurzu.
- Jakeś czerwony smok, skarb pewnie w grocie chowałeś – powiedziałam. – Pewnie dlatego te chłystki cię napadły. Skarb ten niech wspomoże kogoś uczciwego, na przykład najemniczkę, która do garnka nie ma czego włożyć już od dwóch dni.
To powiedziawszy ruszyłam ku wylotowi groty, która znajdowała się nieopodal. Zapewne pseudorycerze wywabili z niej smoka i zadali mu śmiertelne rany, od których wyzionął ducha. Zanurzyłam się w ciemność. Żadnej pochodni nie zauważyłam, ale droga była jako tako widoczna. W ścianach wprost roiło się od drogocennych kamieni, które świeciły niewiarygodnie silnym blaskiem, odbijając odległe światło słoneczne i siebie nawzajem. Wzięłam jeden do ręki i pomyślałam, że mogłabym się za to żywić przez miesiąc a i jakieś odzienie by się za to kupiło. Idąc coraz bardziej w głąb zastanawiałam się, w co włożę skarb, zakładając, że będzie go dużo. Musi być dużo. Bo za marne kilka kamyczków nie odpędza się rycerzy jego królewskiej mości od wodopoju.
Idąc tak jakiś czas, słyszałam jakieś dziwne pomlaskiwanie. Tym dziwniejsze, że dochodziło z całkowitej ciemnicy przede mną. Na wszelki wypadek ukryłam się za załomem skalnym i wyjrzałam ostrożnie zza niego.
To co zobaczyłam, zapaliło mi ogniki w oczach. Przede mną rozciągała się wielka sala, cała wypełniona złotem. Gdzież tam złotem! Nie tylko. Kamienie i srebro błyszczały niczym oczy księcia Rindorrfu na widok pięknej kobiety (brzydkiej zresztą też, książę Rindorrfu nie należał do wybrednych w tej kwestii). A przed całą ta kupą cennego metalu i kryształów siedział mały czerwonawy smok, ogryzając gnat jakiś. Musiała mnie gadzina wyczuć, bo podniósł natychmiast głowę i zaczął węszyć. Co mi tam, przecież to dziecię jeszcze, pomyślałam i wyszłam zza załomu, dumna niczym paw. Niedługo trwała ta duma. Smoczątko jak nie ciśnie kością za siebie! Jak nie rzuci się na mnie z piskiem i zgrzytem zębów! Jak nie wyciągnie łap przed siebie, łap najeżonych pazurami jak jeż kolcami. Mieczem więc pacnęłam go po siedzeniu, krzywdy nie chcąc mu zadawać. Smoczek popatrzył na mnie wściekle i znów ruszył do szarży.
- Spokojnie, mały, bez nerwów – mruknęłam i znów uderzyłam go płazem miecza, tym razem po barku. Smoczek odskoczył jak na sprężynie. – Nie jestem tu po to, by cię skrzywdzić lecz po to by uszczknąć trochę z tego skarbu. Założę się, że cały nie jest ci potrzebny.
- To skarb Urobei, wielkiej smoczycy, a tobie nic do niego! – warknął smok, po raz pierwszy się odzywając. Nie zaatakował jednak ponownie.
- Aaa, więc jednak umiesz mówić. To powiedz mi, czy ta Urobea, to właśnie ona, ta co leży martwa przed jaskinią?
- Nie wierzę ci – smok wyszczerzył zęby. – Chcesz mnie odciągnąć od skarbu.
- Ależ ja mogę go wziąć nawet jeśli ty tu jesteś! Jesteś za mały, mój drogi...jak do kata masz na imię, nie lubię się zwracać do bezimiennych pokurczów.
- Rithintr – syknął smoczek. – I nie jestem pokurczem. Mogę ci jeszcze pokazać gdzie raki zimują.
- Tak, tak, wierzę ci mój mały. Ale teraz bardzo proszę, przesuń się odrobinę, bo zagradzasz mi drogę do skarbu. A wierzaj mi, nie lubię zabijać ni ranić dzieci smoczego plemienia.
Smoczek zmarkotniał.
- Jesteś pewna, że Urobea nie żyje? – tym razem ton jego był w miarę spokojny.
- Jak tego, że tu stoję. Zabili ją rycerze króla, nic nie mogłam zrobić.
- Mamo!!!! – krzyknął nagle mały smok i wyleciał jak strzała z jaskini. Mnie to było bardzo na rękę, gdyż nawet przez myśl mi nie przeszło, by dalej dochodzić się z malcem. Podeszłam do skarbu i zanurzyłam dłoń w złocie. Jakże miły był dotyk cennego metalu! Już dawno nie miałam w rękach takiego bogactwa! Dawno? Nigdy, droga Ketil, nigdy takiego bogactwa nie miałaś w rękach. Jeśli tylko uda ci się przenieść po kieszeniach choć malutką część całości, będziesz bogata niczym królowa.
- Człowieku! – usłyszałam znowu wściekły pisk, a zza tego samego załomu, zza którego ja poprzednio wyszłam, wypadł ponownie mały smok, wachlując powietrze małymi skrzydełkami. – Człowiecza kobieto, oni wracają!
- Kto wraca... – mruknęłam, ujmując ponownie miecz. Czyżby rycerze zdecydowali się jednak na przemoc? To było mało prawdopodobne, zważywszy ich poprzednie nastawienie. Mógł to być ktoś inny, mógł ktoś przechodzić nieopodal jaskini, a smok wpadł w panikę. Mimo takich rozmyślań ruszyłam, cały czas będąc w pogotowiu, ku wyjściu. Rithintr posuwał się wolno za mną, co jakiś czas puszczając nosem małe obłoczki pary.
A jednak. Przybyli z powrotem, jednak coś się zmieniło. Było ich dwa razy więcej i mieli ze sobą więcej żelastwa. Najwidoczniej posiłki były blisko, gdyż nie zajęło im to wszystko zbyt dużo czasu.
- Gdzieś jest, pomiocie demona! – ryknął ten, który poprzednio najbardziej się udzielał. – Nikt nie wystawia na pośmiewisko dumy rycerzy króla!
- Nikt tego nie robi, jeśli na to nie zasługują – powiedziałam spokojnie, wychodząc z jaskini. Stanęłam przy wejściu, opierając się o skalną ścianę plecami. Dłoń błądziła w okolicy sztyletu.
- Zginiesz! – wypluł wieśniak jeden i ruszył na mnie z całą bandą.
- Rithintr! Schowaj się! – zawołałam i znów uruchomiłam mój nabity ostrzami pas. Tym razem nie uciekli. Złapałam więc za miecz i runęłam na nich niczym grom z jasnego nieba. Najemnicy nie od parady są szkoleni w rożnych sztukach walki. Nie minęła minuta wściekłych zmagań, gdy w powietrze poleciała ręka.
- Ucięłaś mi dłoń! – uniosło się nad naszymi głowami. I walka trwała nadal. Po dwóch minutach poleciała druga ręka. Ktoś zaklął paskudnie. Mój miecz fruwał nad i czasem pod głowami napaleńców jego królewskiej mości. W pewnym momencie poczułam się trafiona. Spojrzałam w dół i ujrzałam rozszerzającą się plamę krwi w okolicy żeber. Poczułam gwałtowny ból, ale to tylko wzmogło moja zaciętość. Po następnych pięciu minutach po rycerzach nie pozostał nawet ślad. Czterech uciekło, reszta leżała martwa bądź ciężko ranna na ziemi.
Osunęłam się. Podczłapał do mnie smok i oparł łeb na moim ramieniu.
- Pomściłaś moja matkę – powiedział.
- Drobnostka.
- Jesteś ranna.
- Drobnostka.
- Dziękuję.
- Drobno...
Nie dokończyłam jednak, gdyż zemdlałam.

I tak rozpoczęła się największa w moim życiu przygoda. Znajomość ze smokiem Rithintrem.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Catha - współczesny prolog, czyli grzebiemy ciało za domem

Hmmm. Czyli nadszedł czas, by przedstawić główną bohaterkę dramatu, czyli wzorowaną na mnie (skromność) Faith. Faith jest babeczką bardzo zaradną, nie da sobie w kaszę dmuchać i ma bardzo niezwykły problem, do którego już się w sumie przyzwyczaiła. Ale nie zdradzam więcej - sami przeczytajcie :)

Catha: Prolog współczesny


Część pierwsza
Głosy


"Ciemność sama i wspomnienia, ciemność sama i westchnienia, w starym domu już mnie nie ma, w starym domu pustka cisza, tylko wiatr szeleści w niszach, jednak szepty po kryjomu, rozbrzmiewają w starym domu"

Faith-Zolerai, 14. 01. 1988


***

- Nie, nie, nie!
Kolejna kartka papieru wylądowała w koszu. I tak jak na poprzednich pięciu widniała na niej próba udowodnienia światu, że bohater, schodząc po nadzwyczaj skrzypiących schodach, usłyszał dziwny odgłos dochodzący zza drzwi. Niby oklepane, ale jakże trudno ubrać to w słowa. Schody mogły być strome albo nie, z poręczą lub bez, a odgłos mógł być piskiem, zgrzytem, sykiem, skrobaniem, szuraniem, a nawet chrapaniem. Ile możliwości do wyboru. A żeby było jeszcze bardziej dramatycznie, sucha gałązka puka w okno, ale nie za mocno, żeby nie stłuc szyby, bo to odwróciłoby uwagę bohatera od szurania, chrapania, syku, albo czegoś innego wydobywającego się zza drzwi. Po dziewięciu latach pisania powieści grozy wiem, że czytelnicy lubią takie banalne dodatki, chociaż na zdrowy rozum biorąc, to gdy sucha wiecheć wali z całej siły w okno, żeby nie stracić cierpliwości (i okna), trzeba mieć szyby z plastiku. A kto przy zdrowych zmysłach napisze w swojej powieści, że gałąź drapała złowrogo w plastikową szybę?
"Jack ścisnął kurczowo poręcz i zaczął powoli schodzić w dół" wystukałam na maszynie, po czym kolejna kartka dołączyła do tych pięciu, które wyrzuciłam wcześniej. Bo niby dlaczego Jack miałby ściskać poręcz, słysząc szuranie w kuchni? Ja także często słyszę takie szuranie i założę się, że razem ze mną robi to tysiąc ludzi w moim mieście i wcale nie obgryza paznokci w panicznym strachu. Nie można wyprzedzać faktów. Przecież biedny Jack nie ma pojęcia, co go czeka.
Niestety, ja również nie miałam tego pojęcia. Napisałam więc po prostu "Jack zszedł na dół, nie wiedząc, co o czeka" i westchnęłam z ulgą. Na razie dobrze. W domu w dalszym ciągu nic się nie dzieje.
Następnie miałam za zadanie napisać o tym, jak główny bohater przemierza z duszą na ramieniu ciemny korytarz. Było to bezpieczne zdanie, przy którym nie zaczynała szaleć burza z piorunami ani żaden pięcioręki potwór nie stawał przed moim domem w wiadomych zamiarach. Żaden wyznawca tajemnego kultu nie chciał mnie złożyć w ofierze, nic nie wybuchało. Ale mimo to poczułam się nieswojo.
Powieść zbliżała się nieuchronnie do miejsca, w którym będę musiała opisać to, co tak szurało. I tu powstawał problem. Bo jeśli chciałam przestraszyć czytelników, musiało to być coś obślizgłego i obrzydliwego, w najlepszym razie z ogromnymi zębami, ale jeśli chciałam to opisać, musiałam to sobie wyobrazić. A ja mam (co mnie ogromnie irytuje), pewien kłopot "wyobraźniowy". Polega on na tym, że nie mam ochoty wymyślać strasznych stworów, bo nie chcę ich spotkać. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
- Dobra, raz kozie śmierć - mruknęłam i nie czekając aż się rozmyślę napisałam ostatecznie, że jak tylko Jack wszedł do kuchni, ujrzał na stole paskudną myszopodobną poczwarę z czerwonymi oczami, wielkimi pazurami i zmutowanym ciałem. Małą. Nie dużą. Mniejszą ode mnie. Wielokrotnie mniejszą. I żebym mogła ją załatwić kulką z pistoletu.
Ledwo oderwałam palce od klawiatury, zaczęłam nasłuchiwać. Tak się wsłuchiwałam, że dopiero po paru sekundach zauważyłam, że wbijam sobie paznokcie w dłoń. W pewnym momencie pomyślałam, że mogłam ominąć te wielkie pazury i napisać że były małe, a jeszcze lepiej, że były z gumy. Tyle że nikt kto by raczył to przeczytać, nie wystraszyłby się powykręcanej myszy z gumowymi szponami, a poza tym było już za późno na jakiekolwiek zmiany. I jeszcze to zmutowane ciało...Miałam nadzieję, że będzie na tyle poskręcane, że nie będzie się mogło ruszyć.
Kiedy wreszcie usłyszałam skrobanie za ścianą, nie byłam za bardzo zaskoczona. Zrobiłam wyćwiczony ruch, to znaczy prawą ręką sięgnęłam do szuflady po pistolet, a lewą po nóż, który od razu wsadziłam za pas. Sprawdziłam, czy broń jest naładowana, odbezpieczyłam ją, po czym z duszą na ramieniu (zupełnie jak Jack) poszłam zbierać słodkie owoce mojej pracy.
Ciche szur szur skrob skrob dochodziło, czego nie trudno było się domyślić, z kuchni, na środku której stał mały stół z jasnego sosnowego drewna, wprost idealny do dźwigania powyginanych gryzoni. Sama zastanawiałam się, co się tam wyrabia na tym stole, że słychać skrob skrob, bo stwór zjawił się zanim zdążyłam wymyślić czynność którą wykonywał zanim zaskoczył go Jack. Pomysł, że rozszarpuje blat był trochę absurdalny, chociaż mnie bardziej prawdopodobne wydawało mi się to, że próbuje się odkręcić. Był przecież poskręcany. Ale było to marzenie ściętej głowy. Jasne przecież było to, że czerwonooki gryzoń ostrzy swoje dłuuugachne pazury, którymi go tak hojnie obdarowałam. Dobrze, że nie wspomniałam nic o zębach. Ale nic straconego. Dalej, Faith, wyobraź sobie jakie ma kły, którymi oderwie ci rękę, zanim zdołasz go ukatrupić. Poprzedni potwór którego powołałaś do życia, nie zważając na przeciwności losu i zdrowy rozsądek, miał ich sto pięćdziesiąt. Nie bądź gorsza! Daj mu setkę!
Wszystkie te myśli przewijały się przez mój umysł głównie po to, żeby właśnie nie wyobrazić sobie tych zębów ani niczego gorszego. Na razie miałam do czynienia z niewielkim pazurzastym mutantem, ale założę się, że gdybym myślała o jego wyglądzie obrazowo, na pewno przestałby być niewielki i zanim bym tam jeszcze weszła, miałby wszystkie predyspozycje do tego by mi odgryźć głowę.
W kuchni, podobnie jak w pozostałych pomieszczeniach w których nie pisałam, nie paliło się światło.
Gdy zabierałam się do pisania, gasiłam wszystkie lampy, gdyż wyznawałam zasadę "bezpiecznej ciemności". W skrócie przedstawiało się to tak, że skoro ja nic nie widzę, ONO też nic nie widzi, a ponieważ wiem gdzie TO się znajduje, mam do wygrania element zaskoczenia. Może się to wydawać trochę naciągane, ale żaden z moich wytworów nie miał dobrego wzroku. To trochę trudne dla zwykłego człowieka nie myśleć o tym, o czym akurat nie wolno myśleć, ale ja mam wieloletnią wprawę i jakoś mi się udaje. Jestem chyba jedyną osobą w okolicy, która potrafi opanować własny umysł. Trzeba dodać że umysł ten jest nadzwyczaj skłonny do buntu i rewolucji.
Tak więc myszopodobna poczwara był prawie ślepa, a w najgorszym dla mnie wypadku kiepsko widziała w ciemnościach. Ja, wyposażona w policyjny pistolet i nóż służący do składania ofiar z dziewic (pozostałość po moim ekscentrycznym przyjacielu scenarzyście, który zniknął jak kamfora w dniu premiery filmu "Nieoczekiwane zniknięcie") mimo tej przewagi, którą sama sobie dałam, nie czułam się bynajmniej dobrze. Raczej kiepsko. Mimo "wyćwiczonego" umysłu wizja stwora wciąż powracała z takimi dodatkami jak chorobliwe zielone plamy i róg na czole.
Jak do tej pory udało mi się nie wydłużać mu zębów.
W ręce trzymałam pilota, którym włączałam światło w całym domu. W jednej ręce pilot, w drugiej pistolet, a za pasem nóż. Waleczna Faith-Zolerai Smith idzie wypić piwo,  które z takim zapałem i z godnym podziwu literackim zacięciem, uwarzyła.
Tylko żeby podczas zrywania kapsla nie wybuchło jej w twarz, jak wstrząśnięta mineralna.
Przesunęłam się jak najciszej mogłam w stronę drzwi do kuchni. Potwór szurał, siąkał i mlaskał, jakby był chory na grypę lub jakieś inne choróbsko, albo jakby się napychał wodnistą jajecznicą. Mlask mlask, siąp siąp. Pociągnięcie nosem i znowu mlask mlask. Byłam prawie pewna że nie wymyślałam podobnych odgłosów. Już na samo wspomnienie takich dźwięków przychodziła mi na myśl bezzębna wiedźma, albo jak kto woli starsza kobieta, która usiłuje spożyć swoją zimną kaszę mannę pełną obrzydliwych glutów. Chociaż w tej chwili wolałabym dziesięć takich "matek rodu" od mutanta w kuchni. A mutant cały czas siąpił, przerywając to skrobaniem o mój piękny sosnowy blat. Zupełnie jakby miał zamiar odegrać symfonię. Oczami duszy widziałam stół w strzępach, cennik ze sklepu i słyszałam pytania dotyczące tego, co u licha zrobiłam z tym meblem. To ostatnie najmniej mi się podobało, bo nie zamierzałam nikomu tłumaczyć że poharatał mi go stwór wykonujący na nim taniec deszczu. Więc nowy stół sama musiałabym sobie wystrugać (biorąc pod wagę że w moim mieście wszyscy prawie się znają, trudno byłoby mi ukryć przyczynę kupna nowego stołu).
W kuchni zapaliło się światło. Spojrzałam z niepokojem na pilot, ale niczego nie nacisnęłam. Poza tym zapaliłyby się wszystkie żarówki w domu. Stwór był za mały żeby to zrobić. Doszłam do wniosku, że rozmyślając o uszczupleniu mojego budżetu, który i tak przedstawiał się już dość anemicznie, musiałam pomyśleć o jakimś jasnym pomieszczeniu. Postanowiłam skupić się na sprawie, bo zupełnie przypadkowo mogłabym wydłużyć mu zęby...albo coś innego.
Drzwi były otwarte, więc ostrożnie, uważając by być cała zasłonięta ścianą, zerknęłam do środka. I zamurowało mnie. Stwór był ohydny. Cały w plamach. Z długimi szponami. Z czerwonymi oczami wychodzącymi na wierzch. Był dokładnie taki, jakiego sobie wyobraziłam. I (dzięki ci, Boże) nie szatkował mi stołu, tylko obgryzał deskę do krojenia, taką za dwa dolary. Mlaskał przy tym i siąkał, jakby deska była zupą z dużą ilością klusek.
- Smacznego - mruknęłam do siebie i bezszelestnie wsunęłam się do środka. Poczwara była ode mnie odwrócona tyłem. Przynajmniej mogłam do niej podejść, bo gdyby była zwrócona w kierunku wejścia, nie miałabym wyboru i musiałabym rzucać się na nią z wrzaskiem. Ale i tak mnie to nie ominęło. Wyciągnęłam przed siebie pistolet, a gdy stwór był zaledwie metr ode mnie, nadepnęłam na łyżkę. Była to najgłupsza rzecz, którą zrobiłam tego wieczora, no oczywiście z wyjątkiem wymyślenia mutanta. Element zaskoczenia został zniweczony przez beznadziejne myśli o zapalonym świetle i dźwięk podskakującej łyżeczki. Stwór odwrócił się gwałtownie, plując kawałkami na wpół przeżutego drewna i spojrzał mi w twarz płonącymi ślepiami. A gdy tak spojrzał, wydał z siebie odgłos przypominający syrenę strażacką, a potem przerodziło się to w widelec jeżdżący w tę i z powrotem po świeżo umytym talerzu. Gdy chciałam nacisnąć spust, zwierzę rzuciło się w moją stronę ze straszliwym piskiem i wytrąciło mi broń z ręki. Odruchowo sięgnęłam po nóż i uciekłam na drugą stronę stołu. Stwór nie za bardzo umiał chodzić, więc pełzał po ziemi jak wąż. To znaczy miał nogi, ale widocznie za słabe by go mogły całego unieść. Wpatrywał się we mnie, jakby kalkulował, co lepiej się opłaci: zjeść mnie czy deskę. Nagle oderwał się od ziemi i znów na mnie skoczył, ale ja byłam przygotowana i odskoczyłam w bok, przez co stwór uderzył w ścianę. Ale nie zrobiło to na nim dużego wrażenia. Szybko się pozbierał i ruszył w moim kierunku.
"Dalej, Faith, do dzieła" mówiłam sobie "Nie trać czasu, zabij to to!"
Kolejny skok, błyskawiczne cięcie nożem i zdeformowane ucho upadło na podłogę pod moimi stopami. Potwór wrzasnął jakby go obdzierano ze skóry, a z rany po uchu zaczęło sączyć się coś białego, w przybliżeniu przypominające krew żuka. Zaczął się miotać po kuchni, a ja musiałam się cały czas uchylać, żeby nie przyczepił mi się pazurami do ubrania. Wrzeszczał i syczał, cały w białej wydzielinie. Poszły wszystkie szklanki, prawie wszystkie talerze leżały roztrzaskane na podłodze, kiedy ujrzałam pod szafką mój policyjny pistolet. Niestety stwór też go zauważył i zupełnie niespodziewanie wbił mi pazury w plecy. Dopadłam szybko do pistoletu i rzuciłam się plecami o ścianę, ale wbił mi pazury jeszcze mocniej, aż syknęłam z bólu. Znów się rzuciłam, przytrzymując go tam trochę, ale on był silny. Przycisnęłam go po raz trzeci, tym razem rzucając się z rozbiegu i dopiero wtedy mnie puścił. Ja sama poczułam każdą kość w moim ciele, więc byłabym zaskoczona, gdyby czuł się dobrze. Ale na szczęście czuł się równie kiepsko co ja, a może nawet gorzej. Chwyciłam broń, która znowu mi wypadła i wycelowałam w poskręcane ciało rzucające wokół nienawistne spojrzenia.
- Ty mały gnojku - syknęłam, nie mogąc złapać tchu. Stwór zaskrzeczał. Jego oczy zapłonęły jakby żywym ogniem, po czym obrzucając wszystko swym białym odpowiednikiem krwi, skoczył na mnie. Ja jednak byłam szybsza. Pociągnęłam za spust dokładnie w tym samym momencie, w którym on przelatywał nad stołem, próbując dostać się do mojej twarzy. Gdy dosięgła go kula, odrzuciło go trochę w tył, po czym z przeciągłym piskiem upadł na podłogę, skąd się już nie podniósł. Załatwiłam drania.
Kolejna maszkara zaliczona do panteonu trupów zakopanych w moim ogródku.
Podeszłam do niego powoli, mając nadzieję, że nie udaje i że naprawdę nie żyje. Żeby pisać dobre horrory, musiałam oglądać całe masy filmów tego typu i przekopywać całe tony papieru, jeśli tylko widniał na nich tytuł i treść (choć czasem nie dało się niektórych czytać, cóż, nie każdy jest tak wspaniałym pisarzem jak ja). Zazwyczaj za dnia uwielbiałam czytać, ale nigdy powieści grozy. Czytałam więc powieści science-fiction, a horrory oglądałam na video, gdyż co było do wymyślenia, zostało już wymyślone przez twórców filmu. W tych właśnie filmach najgorszy wydawał się moment, w którym okazuje się, że zabity przed chwilą wróg tak naprawdę nie żyje i zamierza ci to udowodnić. Czułam się więc trochę nieswojo, gdy podchodziłam do zwłok, które...rzeczywiście były zwłokami. Kopnęłam je raz i drugi, po czym westchnęłam z ulgą. Potwór nie żył.
- Faith-Zolerai: pogromca ciemności - stwierdziłam z rozbawieniem i pokręciłam głową. Zapewne moje życie różniło się od życia innych ludzi, ale "gromienie" potworów tak mi weszło w krew, że prawie nie czułam strachu przed nimi. Jasne, czułam niepokój, bo pewien niewyraźny element niebezpieczeństwa zawsze istniał, ale z każdym nowym trupem element ten stawał się coraz mniej wyraźny. Wprawiałam się. Walka z myszopodobnym mutantem trwała jedynie trochę ponad pięć minut.
Nie namyślając się długo zrobiłam następny wyćwiczony rytuał, a mianowicie jednym szybkim ruchem otworzyłam kuchenny schowek i wyjęłam z niego łopatę. Może się to wydawać dziwne, że trzymam łopatę w kuchni, ale zawsze może się przydać, jeśli nie do samego zakopywania, to do zdzielenia nią kogoś po głowie. Większość ludzi naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jaką korzyścią jest trzymanie łopaty w schowku.
Otworzyłam okno i wyrzuciłam przez nie motykę. Następnie dźwignęłam stwora, muszę przyznać nie bez pewnego obrzydzenia, po czym wysiudałam i jego. Nie zamierzałam go nieść całą drogę na dół. Gdy dopełniłam formalności, udałam się krokiem zwycięzcy do wyjścia, po czym nucąc pod nosem "Brand new day" Stinga, zabrałam się do przekopywania ziemi. Gdyby ktoś wiedział, jakie skarby kryje mój ogródek, przeżegnałby się i uciekł gdzie przysłowiowy pieprz rośnie. Ilekroć zabiłam poczwarę, zakopywałam ją za domem. Jeśli ten, kto tu po mnie nastanie, zabierze się do prac paleontologicznych, mocno się zdziwi. Takich szkieletów świat nie widział jeszcze na oczy.
Dół, który zamierzałam dziś wykopać nie miał być duży, bo i stwór nie był wielki. Był długości mojej ręki, a jego pazury mierzyły połowę tego co on sam. W świetle księżyca wyglądał groteskowo, ale i ja musiałam nietęgo wyglądać. Dla przypadkowego obserwatora nie byłabym bohaterską Faith-zabójczynią wysłanników Złego, tylko Faith-wariatką, postrzeloną pisarką, zakopującą w ogródku bezkształtne ciało. Może nawet Faith-morderczynią, próbującą ukryć dowody.  Wszystko jest możliwe. Na szczęście dla mnie najmniej możliwy był przypadkowy obserwator, gdyż mój dom znajdował się na prywatnym terenie tuż na obrzeżach miasta.
Gdy zdecydowałam się wreszcie zakończyć kopanie, wzięłam stwora w ręce, krzywiąc się z obrzydzenia, bo był śliski i mokry. Nie miał na sobie żadnych włosów, które ułatwiłyby bezpośredni kontakt. Cisnęłam więc go szybko do dołu, wytarłam ręce o spodnie i rozpoczęłam pogrzeb.
Księżyc świecił nade mną, oświetlając trochę nierzeczywisty w tych okolicznościach świat nocy, a ja byłam szczęśliwa. Udało mi się napisać kolejny rozdział. I przeżyć to.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Catha - prolog część II

A oto druga część prologu Cathy. I na tym niestety na razie kończą się przygody bóstw i przeniesiemy się do naszego świata. Ale nie martwcie się, będą jeszcze bóstwa. Tylko dajcie im czas.

Catha - Prolog, część II

Sinamuka w dalszym ciągu trawił oskarżenie go o zaniedbanie, kiedy poczuł na plecach lekkie dotknięcie. Gdy się odwrócił, ujrzał przed sobą małą czarnowłosą dziewczynkę, trzymającą kwiaty. Pomimo dziecięcego wyglądu była o wiele starsza od Sinamuki, gdyż bogini radości powstała wraz ze wszechświatem, a strażnik światła zrodził się dopiero, gdy zaistniała potrzeba powołania do istnienia Kanti Lai, piekła nieśmiertelnych.
Tizet uśmiechnęła się rozbrajająco i wręczyła mu bukiet. Sinamuka przyjął go, każdym jednak ruchem zdradzając zdziwienie i zakłopotanie. Te nie wróżące nic dobrego odczucia szybko jednak się ulotniły, a duch światła zmarszczył brwi.
- Nie powinnaś była tu przychodzić - upomniał ją. Dość duża różnica wieku nie przeszkadzała mu w tym, gdyż Tizet miała nadal mentalność dziecka. - Wiesz, co mówi May. Podziemia krainy zmarłych nie są odpowiednim miejscem dla ciebie.
- Ale ja wcale nie przyszłam odwiedzić królestwa zmarłych - roześmiała się ślicznie Tizet.
Sinamuka zmrużył oczy.
- Nie przyszłaś do Kaya?
- Nie, chociaż szkoda. On mnie unika - przyznała smutno, ale zaraz rozjaśniła jej się twarz. - Ja tu jestem, bo chcę zrobić coś ekscytującego!
- Chyba nie za bardzo rozumiem, o co ci chodzi...
- May powiedziała, że nie mogę się spotykać z demonami...
- Bo nie wolno - Sinamuka szybko poparł decyzję bogini dobra.
- ...ale nic nie mówiła o rozmowie o nich.
- Chcesz porozmawiać o demonach?
Tizet szybko spuściła oczy, żeby nie dostrzegł w nich radosnego błysku.
- Nigdy, ale to nigdy, nie pozwalano mi stykać się  czymkolwiek co ma związek z Zenari - udała smutek. - Jestem odgraniczona od jednej części naszego świata zakazami May. A przecież nic by się nie stało, gdybym choć trochę poznała ten świat.
- No nie wiem - Sinamuka wsadził twarz w kwiaty. Miały dziwny zapach.
- May się nie dowie - zapewniła szybko Tizet. - A ja tak proszę...
Strażnik światła zmarszczył nos, po części z powodu woni unoszącej się nad bukietem, po części z powodu wytężonej pracy umysłu. Wszystko co wydarzyło się ostatnio, przeleciało mu przez głowę. Kay nie chciał, by Tizet odwiedzała część wschodnią. Kay upomniał go. Kay był niezadowolony z powodu drobnego niedopatrzenia w Kanti. Sinamuka był zły na Kaya. Tizet chciała pozostać w części wschodniej.
"Cóż" pomyślał, nie bez pewnej złośliwości. "Niech Kay się wypcha".
Bogini radości patrzyła na niego wyczekującym wzrokiem.
- No dobrze - powiedział, ale zaraz pogroził palcem. - Ale żadnego zwiedzania. To nie zabawa.
Dziewczynka rozjaśniała jakby na twarzy i podeszła bliżej, stając nad barierką w tym samym miejscu, w którym poprzednio stał on, Sinamuka, wrzucając w otchłań skał zgniecioną kulkę przemowy. W jej oczach nie odbijały się czerwone refleksy, jakby ten świat rzeczywiście jej nie dotyczył.
- Co chcesz wiedzieć? - spytał, opierając się o tę samą barierkę.
Tizet rozszerzyły się źrenice.
- Wszystko - odparła zadowolona. – Wszystko, wszystko.
- No cóż... - Sinamuka podparł ręką głowę i spojrzał w dół, wygrzebując z pamięci podstawowe prawdy o Zenari. - Demony powstały w tym samym czasie co bóstwa dobre, ale dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, ze niemożliwe jest współistnienie w pokoju między nami a nimi. W końcu demony, wiedząc, że nic im nie grozi, zaczęły zsyłać nieszczęścia i na bogów. Wtedy właśnie powstało Kanti Lai.
- Piekło nieśmiertelnych - Tizet skinęła głową.
- Najgorsze Zenari zostają tam na zawsze, ale niektórym pozwala się wrócić i odbyć karę. Co ja mówię, niektórym? Ostatnio prawie wszystkie, które tam trafiły, jakoś stamtąd wyszły. Wiesz, a żeby stamtąd wyjść, trzeba stać się Sunari i nauczyć się przemieniać swą destrukcyjną moc w siłę tworzenia.
- Tak jak demony ognia.
Sinamuka wzdrygnął się lekko.
- Ostatnio dość dużo słyszy się o tych demonach - zauważył i skrzywił się, jakby wypił coś niewiarygodnie obrzydliwego. - Przez pomyłkę odpuściłem jednemu z nich ostatnią karę, ale oczywiście Kay, syn swojej matki, musiał mi wytknąć ten głupi błąd. Zupełnie tak, jakby zdarzały mi się często.
- Czy demonom ognia płonie ogień na głowie?
- W zasadzie tak. Większości z nich płomienie zastępują włosy, a czasami, jak przejdą, zostawiają za sobą sznur ognia. Niektórym pojawiają się iskry w oczach.
- A inne demony? Jak wyglądają?
- Różnie. To zależy od tego jakim się jest demonem. Ale jeśli mam mówić ogólnie, to prawie wszystkie są paskudne. Z wyglądu najgorsze są demony chorób, wodnych kataklizmów i różnych rodzajów śmierci. Najlepiej się prezentują Zenari sił natury. Musisz wiedzieć, dziecko, że oni są zupełnie inni niż Sunari. Najlepiej ci to wyjaśnię, gdy powiem, ze u nich nie ma rozdziałów płci.
To coś nowego. Tizet otworzyła szeroko oczy.
- Zenari są bezpłciowe, a u Malonitów, u śmiertelników, utarło się, że to dlatego, bo każdy z nich jest niepowtarzalny. Ja osobiście sądzę, że to z tego prostego powodu, że powiedzenie "każda potwora znajdzie swego amatora" traci swe zastosowanie w obliczu prawdziwego monstrum. Zenari wody nie są niepowtarzalne, ale ich twarz mówi sama za siebie.
- Mówisz tak, jakbyś ich nie lubił - zauważyła Tizet.
- Bo one lubią tylko samych siebie ("zupełnie jak Kay" pomyślał). W każdym razie mają jedną zasadę, której się zawsze trzymają: demony o imionach męskich wcielają się w postać młodych kobiet, a te o imionach żeńskich, w postać czerwonookich mężczyzn.
- Wcielają się?
- Następna rzecz różniąca ich od Sunari. Z powodu własnego, niezbyt budzącego zaufanie wyglądu, natura obdarzyła ich zdolnością przybierania innej, ludzkiej postaci. Ale dlaczego Zenari męskie przybierają postać kobiet i na odwrót, to chyba na zawsze pozostanie tajemnicą.
- Ale nie wszystkie są paskudne, prawda?
- Nieee - powiedział niechętnie Sinamuka. - Niektóre są tylko straszne. To znaczy ich wygląd budzi grozę, ale nie odrzuca patrzącego - zacisnął mocno zęby. - Ziranunun do nich należy.
- Chciałbyś pewnie, żeby był obrzydliwy, prawda?
- Uważam jedynie, że wygląd powinien odpowiadać charakterowi. A ktoś z takim charakterem jak Ziranunun powinien zabijać samym swym widokiem. Mówię ci, dziecko, gorszego demona nie było od czasu  Nieznanego i sądzę, że już nie będzie. Jeśli to coś, czym jest, okaże się zdolne do spełniania dobrych uczynków, to kaktus mi na ręce wyrośnie. Co ja mówię, kaktus? Całe drzewo!
Tizet zachichotała.
- Śmiesznie byś wyglądał z drzewem.
- Ale i tak nie tak śmiesznie jak Ziranunun podczas czynienia dobra. Mógłby co prawda podczas pełnienia kary ukryć się przed nami, co nie za bardzo by mu pomogło, bo karę i tak by musiał odbyć. Demony posiadają jeszcze jedną zabawną cechę, a mianowicie mogą się kryć w ciałach prawdziwych ludzi. Nie muszę dodawać, że ludzie nie są tym zbytnio zachwyceni.
- To te demony potrafią więcej od nas - zauważyła trzeźwo Tizet. Sinamuka zmarszczył brwi. Nigdy się nad tym nie zastanawiał w ten sposób. Może dlatego, że sama myśl o jakimś nędznym Zenari który umie więcej niż on, przyprawiała go o mdłości.
- Być może - zmrużył oczy. Ta rozmowa zaczęła go nagle niecierpliwić. - A ty powinnaś już chyba wracać do May.
- Wcale nie!
- I tak już długo tu jesteś. Pamiętaj, że nie wolno ci tu przebywać - chwycił ją za ramię i chciał lekko popchnąć do przodu, ale szybko mu się wywinęła i spojrzała na niego z wyrzutem. Sinamuka trochę złagodniał. - May będzie się denerwować.
- Jeszcze jedna rzecz, tylko jedna!
- Co? - spytał ugodowo. Tizet skinęła palcem, żeby trochę się obniżył, a kiedy przysiadł, złożyła ręce w tubę i szepnęła mu coś do ucha. W tym samym momencie duch światła odskoczył jak rażony piorunem i zrobił minę pasującą najohydniejszemu z wodnych Zenari. Nawet Tizet otworzyła szeroko oczy, niepewna, co za chwilę zrobi.
W końcu jednak Sinamuka odzyskał głos, który mu na krótką chwilę uwiązł w gardle.
- Pokazać ci Ziranunun?! - nie mogąc za bardzo uwierzyć w tę prośbę. - Pokazać?! Ziranunun?! Czyś ty oszalała!?
- No nie...myślałam...
- Chcesz żeby bóstwa dobre mnie potępiły?! Ziranunun! Nie rozumiesz? Byłby ostatnią rzeczą, jaką ja bym zobaczył w tym wcieleniu! May odebrałaby mi moc i stałbym się zwykłym śmiertelnikiem!
- Przepraszam, nie wiedziałam...
- Nawet tak krótkie otwarcie bramy Kanti Lai mogłoby spowodować jakiś przeciek. Zenari mogłyby się wydostać na wolność. Tylko ja mogę tam wchodzić, no i oczywiście Kay, bez obawy, że coś się stanie - ponownie chwycił ją za rękę, tym razem mocniej niż poprzednim razem. - Chodź, odprowadzę cię do Domu Szczęścia.
- A nie musisz tu zostać? Podobno...
- Nic się nie stanie, jeśli na trochę opuszczę to miejsce - ruszył ku wyjściu. - Przecież nie jestem tu więźniem!
Zniknął wraz z Tizet za drzwiami, które prowadziły ku zachodniej części siedziby bóstw. Gdy te się zatrzasnęły, czerwono oświetlony pokój stał się pusty. Nie był pusty od dawna.
Od bardzo dawna.
W pokoju tym, znajdującym się na pograniczu dwóch światów, Sinamuka, strażnik światła, pilnował wejścia do wschodniej części, którą stanowiło królestwo zmarłych bóstwa Kaya oraz Kanti Lai, piekło nieśmiertelnych, miejsce w którym nawet demony traciły całe zło. Kanti Lai, miejsce w którym czas nie miał znaczenia, bo nie dało się z niego uciec.
Iva, bogini mądrości, uznałaby całą sytuację za wyjątkowo zabawną, gdyż jej skłonny do analiz umysł za nic nie przepuściłby okazji przyznania się do własnej pomyłki. Iva byłaby zainteresowana faktem, że to nie na Kaya miała zwracać uwagę, ale na kogoś zupełnie innego.
Gdyby Sinamuka, zawsze czujny, spojrzał w dół, zanim wyszedł, zaniepokoiłby go zapewne mały rdzawy kamyk, toczący się po ścianie jednej ze skał. Nie byłoby w tym prawdopodobnie nic dziwnego, gdyby nie to, że w okolicy przedsionka Kanti Lai nic nie miało prawa spowodować upadek kamyka. Kamień toczył się, podskakując i upadając powoli w dół. A potem następny. I następny. Po chwili zlatywało już sześć kamyków. Dziesięć. A potem piętnaście. Jedna z mniejszych skał drgnęła lekko, jakby wypychana od środka. Towarzyszył temu ledwo uchwytny dźwięk, który raczej się czuło, niż słyszało. W pewnym momencie drgania ruszyły jakiś większy kamień, który z hukiem zleciał w dół, odsłaniając dziurę, z którego wydobyło się czerwone rażące światło. Potem głazy zaczęły spadać jeden po drugim. Światło trysnęło z otworów, zalewając pokój Sinamuki oślepiającą jasną czerwienią. Mniejsza skała zapadła się w głąb, wypuszczając światło rozprzestrzeniające się z zawrotną prędkością. Docierało w głąb części wschodniej, ruszyło również w stronę królestwa Kaya. Następne skały się zapadały. Dźwięk już nie był cichy i przypominał wycie zranionego psa.
Nawet Sinamuka nie mógł nie usłyszeć ostrzegawczego krzyku strażników Kanti.
Z powstałego otworu, prawie niewidocznego z powodu oślepiającej czerwieni, wynurzyła się niepewnie ręka. Prawie ludzka ręka.

*
Reka obudziły nawoływania. Nie było w tym nic dziwnego, ze spał. Podczas gdy w zachodniej i południowej części trwał dzień, we wschodniej i północnej części ciemność okrywała wszystko czego zdołała dosięgnąć. Poza tym bogowie Malonitów nie różnili się zbytnio od ludzi i potrzebowali snu jak każdy człowiek. Rekowi nieobca była również zwykła ludzka nienawiść: nienawidził kwiatów i przerywania snu.
Zerwał więc się teraz z łóżka zgrzytając zębami i trzaskając drzwiami wypadł ze swojej sypialni. Tuż przed nosem przebiegł mu jakiś Sunari, omal nie przewracając go na ścianę.
- Co się dzieje! - wrzasnął i ręką zastawił drogę kolejnemu bóstwu, próbującemu go ominąć. - Co znaczy to zamieszanie?
- Przedsionek Kanti Lai zapada się! - padła przerażająca odpowiedź. Rek nawet nie zauważył, że bóstwo się ulotniło, bo wpadł szybko do sypialni, przebrał się i dołączył do rzeki mieszkańców części północne, spieszącej do królestwa zmarłych. Już z daleka dobiegło go przejmujące wycie. I wszędzie promieniowało czerwone światło. Coraz bardziej zdenerwowany Rek wpadł do pokoju strażnika światła. Na podłodze siedział Sinamuka, kiwając się w przód i w tył.
- Co to ma wszystko znaczyć? - zawołał, próbując przekrzyczeć hałas panujący wokół. - Czy to prawda? Czy Kanti Lai się zapada?
- Chyba już nie - zapłakał Sinamuka. Rek jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie i nie przypuszczał nawet, że może go takim zobaczyć.
- Jak to, już nie? - bóg odwagi przykucnął i potrząsnął nim za ramiona. - Co się stało, Sinamuka, skąd to wycie?
- Wyszedłem stąd - duch światła spojrzał mu w twarz. Miał czerwone od płaczu, podkrążone oczy. - Opuściłem mój posterunek. Moja głupota nie zna granic. Kayowi i strażnikom udało się jakoś powstrzymać demony, które próbowały uciec, ale całe wejście Kanti jest zniszczone. Zanim się odbuduje, miną lata i dobrze mi tak. Ale...ale...
Nagle wybuchnął takim płaczem, że zagłuszył nawet zamieszanie na dole. Ten płacz ściskał serce.
- Nie ma go, uciekł... - wyszeptał rozpaczliwie.
- Kto? Kto uciekł?
- Ziranunun! - zawołał Sinamuka. - Przez moją lekkomyślność!
Rek wpatrywał się w niego z niedowierzaniem i przerażeniem.
- Ziranunun uciekł z Kanti Lai!

środa, 7 sierpnia 2013

Witajcie ci, którzy zagnani zostaliście w te jakże gościnne progi...i prolog pierwszego opowiadania

Witajcie. Jak widzicie po próbie nadania temu blogowi tytułu, będzie to blog z opowiadaniami. Takimi, które są także jakże marną próbą ujęcią pokręconej umysłowości mojej w karby. Piszę więc sobie radośnie i bez krępacji.

Pierwszym dziełkiem, które się tu ukaże będzie pierwsza część prologu mojej opowieści o tytule "Catha". To dość dziwna sprawa z tym opowiadaniem - do tej pory nie wiem o czym ono jest ;)

A więc...

CATHA: PROLOG CZĘŚĆ PIERWSZA

"...Z księgi Malonitów..."
Miejsce do którego nie dociera czas

"Posłuchajcie, Sunari, bóstwa, duchy i mieszkańcy Wód Zaświatów. Sprawca nieszczęść, śmierci, zniszczenia, okrucieństwa i przyczyna zmartwień naszej bogini dobra, został wreszcie zwyciężony. Jego zwycięstwa w walce ze słabymi osłabiły jego samego, dały mu poczucie siły i złudę bycia niepokonanym, a także sprawiły, że stał się nieostrożny. Tak, jak wielu przed, nie zdołał przewyższyć sił dobra i został wreszcie, po tysiącach lat szkodzenia innym, zesłany tam, gdzie zesłane zostają Zenari, demony zniszczenia. Niech stworzenia dobra, którym on nigdy się nie tanie, odetchną z ulgą, gdyż Ziranunun, bóstwo węży, został w końcu pokonany!".
- I teraz zapewne mają wybuchnąć owacje - rozległ się głos. Sinamuka oderwał się od swego przemówienia i odwrócił powoli. W drzwiach stał ubrany na czarno, trochę zasępiony młodzieniec o dużych błękitnych oczach i ciemnych włosach. Przez chwilę przez jego twarz przeleciał ironiczny uśmieszek, jakby sama jego obecność w tym miejscu była stratą czasu.
Sinamuka spuścił oczy i skłonił się lekko, tak jak nakazywała zasada Sunari, ale już nic więcej młodzieniec nie mógł od niego oczekiwać.
- Nie wysilaj się, przyjacielu - nowo przybyły zamrugał oczami i podszedł bliżej. Gdy stanął za plecami Sinamuki, duch światła spostrzegł, że jego włosy nie były takie ciemne jak się na początku mogło wydawać, a teraz dostrzegł w nich nikły rudawy odcień. - Podczas gdy ty przygotowujesz mowę pochwalną dla wysłanników Sunari, ja zaczynam mieć po dziurki w nosie tego całego zamieszania. Umarli zawracają mi głowę! Nie mam chwili spokoju.
- Oczywiście, bóstwo Kay, wszyscy muszą płacić - odparł Sinamuka, zwracając twarz z powrotem w stronę kartki. Pochwała wydała mu się nagle dziwnie krótka.
- Nie, nie sądzę - Kay, bóstwo świata zmarłych pokręcił głową. - Uwolnienie nas od Ziranunun miało nas uwolnić od kłopotów.
- Nie, ono miało uwolnić od kłopotów May, twoją matkę. Demon węży w dalszym ciągu istnieje, a zmuszenie go do odbycia kary będzie rzeczą trudniejszą niż ci się wydaje.
- Mnie się NIE wydaje - ton głosu Kaya świadczył o niezadowoleniu. - Do tej pory Ziranunun w ogóle nie wpływał na moje życie, a teraz, kiedy go w końcu ujęliście, wpływa na mnie bardziej niż zasada śmierci, która przecież wytycza tok moich zajęć.
- Nie zapominaj o mnie, bóstwo Kay - Sinamuka odwrócił się gwałtownie. - To ja jestem strażnikiem Kanti Lai i to na mnie spadnie przykry obowiązek przebywania w jego towarzystwie tysiąca lat, a później zmuszenia go do przemiany.
Kay spostrzegł, że jego rozmówca jest jeszcze bardziej zdenerwowany niż on i przeszło mu przez myśl, ze może rzeczywiście wszyscy w jakiś sposób będą musieli zapłacić za swoje zwycięstwo.
- Ziranunun jest już w Kanti - było to ni pytanie ni stwierdzenie.
- Przeszedł wstępną fazę oczyszczenia, czyli zneutralizowanie wewnętrznej agresji.
- Zneutralizowanie - prychnął Kay. - Nie lubię, gdy duchy używają wyrażeń śmiertelnych. Poza tym, zdaje mi się, że w jego przypadku pierwsza faza nie wystarczy, żeby całkowicie...zneutralizować jego przyzwyczajenia.
- Wiesz równie dobrze jak ja, bóstwo Kay, że Kanti Lai to prawdziwe piekło - powiedział z naciskiem Sinamuka. - Demony, które tam trafiają nigdy stamtąd nie wychodzą, jedynie wtedy, kiedy zaczyna się kara. Nawet Ziranunun będzie musiał ulec.
- Nie jestem tego taki pewien - Kay skrzyżował ręce i obiegł wzrokiem pomieszczenie. Było całe zalane ciemną czerwienią, jak wszystko, co znajdowało się w pobliżu Kanti i krainy zmarłych. W miarę oddalania się od tych miejsc, światło zanikało. Strażnikiem tego światła był Sinamuka, duch obrońca, pilnujący schwytanych demonów, bóstw zniszczenia. Dopiero teraz, gdy Kay ujrzał wyraz zmęczenia na jego twarzy i niespokojne ruchy oczu, przypomniał sobie, że jego zadanie nie jest lekkie ani przyjemne.
Postanowił szybko powiedzieć mu to, co musi. Całe to zamieszanie, które spadło im na głowy nie było jego winą, a schwytanie Ziranunun było konieczne i nieuniknione, jeśli chciało się zachować panowanie dobrych sił.
Przez chwilę panowała cisza, podczas której Sinamuka wydłużył trochę swoją pochwałę. Robił to głównie dla May, bo dla niego wysłannicy Sunari, zwani przez niego potępieńcami, nie zasłużyli po prostu na tego rodzaju nagrodę. To była ich praca i żyli jedynie po to, by służyć bogom, a poza tym za dużo czasu spędzali w królestwie zmarłych, co oczywiście odbijało się na ich zachowaniu. Prawie już zapomniał o tym, że za nim stoi Kay, kiedy młodzieniec położył mu dłoń na ramieniu.
- Li znowu zatopił doliny Malonitów - powiedział.
Przez chwilę Sinamuka nie siedział o czym on mówi, dopóki znaczenie tych słów nie dotarło do jego umysłu. Kay zmienił temat.
- On również powinien trafić do Kanti - odparł szybko, nie przestając pisać.
- Powinien trafić do Kanti? - głos Kaya był tak osobliwy, że Sinamuka zerknął na niego spode łba. Bóg zmarłych wpatrywał się przed siebie, a refleksy czerwonego światła odbijały się na jego twarzy. Przed nimi rozciągał się widok na przedsionek piekła nieśmiertelnych, powstały z niskich czerwonych skał, połyskujących dziwnym blaskiem. Kay patrzył jakby ponad nimi, próbując coś wypatrzyć, coś, co tylko on mógł widzieć.
- Tylko że nie jest Zenari - dodał Sinamuka.
- Ale zachowuje się jak demon.
- W chwili gdy Li przekroczy granicę między dobrem a złem i stanie się Zenari, osobiście go ześlę tam gdzie trzeba.
- - Sinamuka, taka granica nie istnieje i nikt naprawdę nie wie, kiedy dobro staje się złem i na odwrót. Powinieneś to przemyśleć.
Sinamuka poderwał się z miejsca.
- To jakaś aluzja do mnie, bóstwo Kay?
- Kiedy ktoś zezwala na ukrócenie kary demonom, stwarza zagrożenie dla całkowitego ich uwolnienia.
To powiedziawszy ruszył ku wyjściu. Już stał w drzwiach, kiedy odwrócił się po raz ostatni.
- Ja naprawdę nie myślę jedynie o sobie - odwrócił się i opuścił pokój.
Sinamuka  zacisnął zęby z wściekłości i w przypływie gniewu zmiął kartkę z pochwałą w garści.
- Zadufany w sobie typ - syknął i cisnął kulkę w głąb czerwonego wąwozu, rozciągającego się już od wieków po wschodniej stronie siedziby bóstw. Kulka podskoczyła parę razy na kamieniach, aż w końcu wpadła w jakieś załamanie i znikła mu z oczu.

*
Tymczasem po zachodniej stronie siedziby bóstw, całkowitej przeciwności królestwa umarłych, w zalanym jasnym słonecznym światłem Domu Szczęścia trwała inna, zdecydowanie bardziej przyjacielska rozmowa, jednak i ona obracała się wokół wydarzenia, które na pewien czas wstrząsnęło życiem Sunari i duchów.
Białym tarasem, nad którym powiewały czerwone i białe flagi Dobra, szły dwie kobiety. Jedna, ubrana w białą suknię przewiązaną czerwoną szarfą była spokojna, a na jej twarzy widniał lekki ciepły uśmiech. Druga była dzieckiem; roześmiana zbierała kwiaty i co pewien czas zwilżała ich łodygi w małych szklanych fontannach.
- Nie uważasz, że to cudowne, May? - wołała, obracając się w koło i rozrzucając wszędzie różowe płatki. - Dusza się cieszy, gdy słońce tak świeci.
May pokręciła z rozbawieniem głową.
- Twoja dusza zawsze się cieszy, Tizet.
- Szczególnie gdy jest tutaj twój przystojny syn - dziewczyna zamachała jej kwiatami przed nosem. - Ten ponury wyraz twarzy dodaje mu tylko uroku.
- Nie sądzę, żebyście do siebie pasowali.
- A to dlaczego? - Tizet wydęła wargi.
- Ty jesteś boginią radości, jego praca jest przeciwieństwem radości.
- To nie przeszkadza, że on mi się podoba. A on znów mnie unika.
- Nie unika cię - roześmiała się May. - Chociaż nie dziwiłabym się, gdyby szukał przed tobą schronienia, dziecko. Ma teraz pełne ręce pracy, bo w dolinach Malonitów, w świecie ludzi, panowały ostatnio częste burze i dużo śmiertelników trafiło na drugą stronę. Poza tym Sinamuka i on muszą dopilnować przemiany Ziranunun, co nie będzie łatwe.
- May...
-Co, skarbie?
Tizet przygryzła wargi.
- Czy demon węży naprawdę jest taki straszny?
Bogini dobra zastanowiła się przez chwilę.
- Tak - zdecydowała się na szczerość. - Chyba nawet tak straszny jak Nieznane, które przed tysiącami lat pozbawiło życia dwoje Sunari.
- Chyba nie tak straszny - Tizet zabawnie zmarszczyła nosek. Jej twarz była twarzą dziecka, którym na zawsze pozostanie.
- Może nie - przez myśl May przeleciało nagłe wspomnienie jedynych bóstw które z nieznanych powodów umarły jak śmiertelnicy i poraziło ją gwałtownym lodowatym zimnem. - Nie, Ziranunun jest straszny na swój własny sposób.
- Rozmawiasz ze mną jak z dzieckiem!
- Rozmawiam z tobą jak z wcieleniem dziecięcych radości.
Tizet roześmiała się perlistym śmiechem, który wszystkich ujmował za serce. Ta mała boginka nigdy nie powinna poznać uczucia, jakie niesie za sobą obcowanie z demonami. Jej syn też o tym wiedział i rzeczywiście unikał jej jak mógł.
W bramie Domu Szczęścia ktoś stanął i machał do niej ręką.
- Tizet, mogłabyś pójść i dać te kwiaty Rekowi?
Rek nienawidził kwiatów i dziecko roześmiało się ponownie na myśl o jego minie, kiedy mu je wręczy.
May skierowała się ku bramie. Stała tam czarnowłosa Iva, wcielenie mądrości. Gdy się zbliżyła, od razu dostrzegła ściągnięte brwi i zaciśnięte usta bogini wiedzy.
- Co się stało, Iv? - objęła ją ramieniem i wprowadziła do wnętrza siedziby dobra. Tutaj też wszystko było zalane światłem, a wrażenie świeżości nadawały lekkie białe firanki i strużki wody doprowadzane do klombu na samym środku sali, w której się zatrzymały.
- Martwię się - Iva odpowiedziała na jej pytanie. - Zgadnij, gdzie poszedł twój syn.
- Do Sinamuki. Miał się dowiedzieć, co Zira...
- Tak, poszedł do Sinamuki - przerwała jej szybko. - Ale rozmawiałam z nim i wiem, że postanowił powiedzieć strażnikowi światła o tym demonie, którego przez pomyłkę zwolnił z ostatniej kary.
- Chodzi ci o demona ognia?
- Z punktu widzenia szkodliwości, raczej niegroźny Zenari, który potrafi czasem przysłużyć się ludzkości, ale Kay nie znosi niedopatrzeń.
- Chcesz powiedzieć, że zrobił źle? - May uniosła brwi.
- Nie twierdzę, że źle. Twierdzę jedynie, że przesadził, postąpił nieostrożnie. Zrażać do siebie ducha światła, to zamykać sobie drogę do Kani Lai.
- Przed władcą krainy zmarłych całe Kanti Lai stoi otworem! - zaprzeczyła szybko bogini dobra.
- Ale to Sinamuka decyduje kto tam trafia. Wiesz, w obecnej sytuacji, kiedy Zenari Ziranunun...
- Wiem - głos May był jakby zbyt szorstki jak na nią, która nie dopuszczała do siebie zniecierpliwienia nawet w usprawiedliwiających je sytuacjach. - Ale wiem również że Kay potrafi o siebie zadbać. Jest po prostu skrupulatny - zmrużyła jedno oko. - Poza tym ty go nie za bardzo lubisz, prawda?
Iva nie potrafiła być nieszczera.
- Po części msz rację, ale nie do końca. I musisz mi wybaczyć to, co z chwilę powiem, ale wiesz, że nie znoszę kłamstwa. Nie o to chodzi że go nie lubię, bo to sprawa względna, ale o to, że mu nie ufam. Jest zbyt zapatrzony w siebie i narobił sobie dużo wrogów wśród pomniejszych Sunari.
- Pomniejsi Sunari - westchnęła ciężko May, jakby to słowo posiadało jakąś magiczną moc, która ją nagle osłabiła. - Pomniejsi Sunari nie mogą znieść tego, że mój Kay panuje nad zmarłymi i ze tym samym jest jedynym bogiem, który zna dokładnie całą wschodnią część siedziby bóstw.
- Jeśli uważasz, że twój syn zdoła utrzymać Ziranunun w Kanti Lai i że Sinamuka zgodzi się mu pomóc pomimo wyrzutów z powodu demona ognia, nie będę miała żadnych zastrzeżeń. Ale jeśli władca węży nie zostanie tam gdzie jego miejsce, na nasz świat spadną różne nieszczęścia.
- Kay zdaje sobie z tego sprawę, Iv. Przez Kanti przeszło już wiele Zenari i jeszcze żadnemu, od początku wszechświata, nie udało się stamtąd uciec. Z tego miejsca się nie wychodzi, chyba że przestaje się być demonem.
- Ale jeszcze żaden Zenari nie był Ziranunun - zauważyła Iva.
May nie odpowiedziała. Ta myśl dręczyła również i ją. Znajomość charakteru demona węży wskazywała na to, że on nigdy nie przestanie być Zenari i nie przeistoczy się w Sunari, choćby nie wiem w jak strasznym zakątku piekła by go osadzono. A to znów wskazywało a to, że tak, jak wielu innych podobnych do niego, na zawsze pozostanie w Kanti Lai. Tylko czy rzeczywiście pozostanie?
- Wierzę w mojego syna - powiedziała z naciskiem, odganiając złe myśli. - Demon zniszczenia spędzi tysiąc lat w piekle, po czym ruszy odbyć swą karę.
- Tak, karę - uśmiech Ivy stał się ponury. - Tylko czy my rzeczywiście chcemy, by wyruszył? Sądzę, że nie tylko ja chciałabym, by tej kary nie odbywał. Wypuszczenie go do świata śmiertelników może być tragiczne w skutkach.
- Kay da sobie radę.
- Ufam ci, ale i ty nie jesteś nieomylna.