Taaak, tym razem zamierzam was zamęczyć czymś, co napisałam, jak miałam 12 lat. Jestem zUa. W dodatku napisałam to z moim kuzynem, więc jest pomięszanie z poplątaniem...ale cóż, mam nadzieję, że nie poumieracie od tego!
Kosmiczna Załoga Rozdział 1
01. Podróż w przestrzeń
Skutki ingerencji są czasem niewiarygodnie złe
01.
-
Zbliżenie - ekran monitora powiększył się, ukazując zbiór gwiazd;
galaktykę eliptyczną w najdalszym zakątku poznanego wszechświata.
-
To jest galaktyka Hiksa - powiedział mężczyzna stojący przy ekranie.
Grupa ludzi, siedząca na fotelach za nim, posłusznie zwróciła spojrzenie
w jego kierunku, próbując dopatrzyć się tego "nadzwyczajnego czegoś",
co główny naukowiec centrum badań pozaziemskich miał zamiar im pokazać.
-
Wiem, że niełatwo było wcisnąć się tam z naszymi satelitami - mężczyzna
uśmiechnął się, chociaż trochę nerwowo. - Ale i ta galaktyka musi być
kiedyś poznana wraz z najodleglejszymi jej elementami. Najnowsze dane
odkryły to.
W tym momencie monitor znów dokonał zbliżenia, ukazując układ gwiezdny położony bardzo blisko środka zbiorowiska gwiazd.
-
Jest to niewielki układ, zawierający jedną młodą gwiazdę oraz dwie
planety - kontynuował wywód naukowiec. - Tą - wskazał na planetę bliższą
gwiazdy - nie należy się przejmować. Jest mała i skalista, podobna do
naszego Merkurego, ale jeszcze nie dowiedziano się z czego składa się
jej powierzchnia. Nie ma księżyca. Ale ta...
Ponowne zbliżenie powiększyło drugą planetę, znacznie oddaloną od poprzedniej.
-
Można zauważyć nad nią ślady atmosfery, ale również zbudowana jest z
nieznanego materiału, więc nie sądzę, żebyśmy mogli zbudować na niej
bazę kolonizacyjną, tak jak na Marsie i Wenus, czy Hal-Thanab w
galaktyce Lunar, a przynajmniej nie w najbliższych latach.
-
Przypominam, że powierzchnia i atmosfera Wenus zostały bardzo szybko
przystosowane do życia, Still - wtrącił się jeden z mężczyzn,
poprawiając się na fotelu. - Czy celem tego spotkania było pokazanie nam
dwóch planet zbudowanych z niewiadomo czego, nie nadających się do
życia, osadzonych w najodleglejszej z galaktyk, prawie niezbadanej, z
powodu tego, że nikomu nie udało się do niej dotrzeć?
- Bardzo miło
że pan Sanders zechciał podzielić się wątpliwościami - Still wykrzywił
się ironicznie i otarł czoło. - Mój zespół badawczy dokonał ciekawego
odkrycia. Na tej planecie - określmy ją jako X - nasze sondy
zaobserwowały coś jakby... - skierował wzrok na Sandersa - ślady życia.
Rozejrzał
się wokół siebie, sprawdzając jaką reakcję wywołało to oświadczenie.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy zobaczył, że poprzedni sceptycyzm
przerodził się w ożywienie.
- Nadzwyczajne - powiedział mężczyzna,
który do tej pory siedział spokojnie w fotelu, w skupieniu obserwując
kolejne zbliżenia. - Czy to jest całkowicie udowodnione?
- Ależ panie prezydencie, wyciąganie pochopnych wniosków nie... - wtrącił się człowiek, który poprzednio przerwał Stilowi.
Prezydent powoli zwrócił się w jego stronę.
-
Nie widzisz wagi odkrycia, Sanders? - spytał. - Jeśli tam jest życie,
to być może będziemy mogli się tam osiedlić. Albo przynajmniej nawiązać
kontakt. Do tej pory nie udało się nam przecież odkryć żadnych
inteligentnych form, a to mogłoby nam bardzo pomóc - wykrzywił się w
lekkim uśmiechu. - I nie wmówisz mi że nie wierzysz w życie
pozaziemskie, bo sam widziałem, że z komputera urzędowego oglądasz te
stare seriale...Z Archiwum X i Star Trek!
Ta uwaga całkowicie zgasiła Sandersa, który wtulił się w oparcie fotela i zaczął uważniej wpatrywać się w ekran.
- Czy to zostało udowodnione? - powtórzył pytanie prezydent, kierując spojrzenie w stronę Stilla.
-
Niestety nie - odparł naukowiec, na nowo przywracając obraz galaktyki. -
Galaktyka Hiksa jest bardzo odległa, a nasze najnowsze satelity nie
zostały jeszcze przetestowane w przestrzeni, więc musieliśmy oprzeć się
na danych przesłanych przez te starsze. Poza tym wyglądało to tak, jakby
satelity nie mogły w pełni wykorzystać swoich urządzeń, jakby
przekazywały wiadomości o obiekcie znajdującym się w większej odległości
od nich. Musielibyśmy wysłać ekipę badawczą, która zbadałaby to
dokładniej i przywiozłaby informacje do bazy.
- A z kogo składałaby
się ta ekipa? - wtrącił się znowu Sanders. - Kto poleci do galaktyki
Hiksa, mając świadomość, że może spotkać na tej planecie wrogo
nastawione istoty. Bo chyba nie przyjąłeś, że spotkają tam E.T. albo
Chewbaccę.
- Dlatego nie powiedzielibyśmy załodze o celu misji.
Oczywiście dowódca wyprawy wiedziałby o nim, ale nie widzę potrzeby
budzenia niepokojów wśród załogi zanim cokolwiek się zdarzy.
- Kogo proponujesz, Still? - spytał prezydent.
-
Potrzeba nam kogoś z doświadczeniem w dowodzeniu statkiem z mało liczną
załogą, bo tylko taka możemy tam wysłać - odparł Still. - Nie mogą to
być naukowcy ani tym bardziej marines, jeśli chcemy zachować spokój.
Lepiej, żeby dowódca też nie należał do armii. I zdaje mi się, że znam
kogoś takiego...
*
- Gdzie mam to postawić, kapitanie? - zawołał pomocnik, pokazując żelazną skrzynię, wypełnioną częściami promu.
-
Walnij to gdzie bądź - zawołał Martin McKey, przeglądając listę
ładunków. - I tak inżynierowie pokładowi ustawią to gdzie indziej.
Przynajmniej, znając ich koordynację, wolę nie ustawiać tego tam gdzie
trzeba, bo i stamtąd pewnie to zabiorą.
Dobiegł go śmiech któregoś z inżynierów.
-
Przynajmniej wiedzą, że mam rację - mruknął z rozbawieniem Martin i
skreślił części członu statku na spisie. Był wysokim, trzydziestoletnim
mężczyzną, niezbyt dokładnie ostrzyżonym, przez co cały czas musiał
przeczesywać ręką włosy, żeby nadać im jako taki wygląd. Był kapitanem
transportowca już od sześciu lat i jak do tej pory mówiono, że mimo
"trudnego" charakteru, potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Samego
Martina niespecjalnie obchodziły te opinie, nawet jeśli przez niektóre
zachowania nie awansował wyżej. Albo raczej przez niezbyt przyjazne
osoby w dziale administracji bazy NKWD.
- Gdzie mamy to dowieźć? - spytał głównego inżyniera, wymachując mu listą przed nosem.
- Na stację kosmiczną na Tikaranie - odparł, przeglądając dziennik. - Znowu przelot przez naszą galaktykę?
- Niestety - uśmiechnął się McKey. - Nie za wiele transportów ma się do niezamieszkanych planet w innych sektorach.
- I zapewne tak będzie przez następne dwieście lat, jeśli nasi spece nie zaczną się przykładać do pracy.
-
Nasi "spece" muszą mieć najpierw pomysł, zanim rozpoczną eksplorację -
Martin poruszył znacząco brwiami. - A nie wymyślą wiele, jeśli będą się
głowić nad nowym modelem odrzutowego krzesełka ogrodowego. Chociaż
chciałbym, żeby wreszcie coś ruszyło. Zawsze myślałem o
międzygalaktycznym zadaniu, żeby się wreszcie wykazać.
- Wiem co czujesz. Ja zawsze chciałem przewieźć coś do galaktyki Hiksa, ale to tylko marzenia.
-
Nigdy nie spełnione - Martin mrugnął do niego okiem. - W tej galaktyce
nie ma ani jednej stacji, nawet badawczej, tylko te przeklęte satelity.
Ale zamiast pleść bzdury, trzeba by się zająć pracą...Powiedziałem
"gdzie bądź", ale nie na części zamienne statków wojskowych! - wrzasnął,
kierując się z powrotem do swoich zajęć, kiedy poczuł na swoich plecach
czyjąś rękę i usłyszał za sobą:
- Dowódca transportowca Minerva, Martin McKey?
Kiedy
się obejrzał, zobaczył mężczyznę w czarnym garniturze i krawacie w
wielkie kropy. McKey nigdy nie znosił tego rodzaju ubrań, bo jak sam
twierdził, krępowało ruchy.
- Tak, to ja - odparł odkładając wykaz na najbliższą skrzynię. - A o co chodzi?
-
Nazywam się Len Sanders, przysłała mnie Międzynarodowa Korporacja
Badania Wszechświata - przedstawił się szybko nieznajomy i równie szybko
dodał. - Nasi naukowcy polecili nam pana.
Martin zmierzył nowo
przybyłego krytycznym wzrokiem. Ostatni raz widział kogoś z Korporacji,
kiedy dostawał pierwszy przydział. Co się stało, że tak nagle sobie o
nim przypomnieli?
- Mam gdzieś coś przewieźć? – spytał nieufnie,
czując jednocześnie że może to być jego wielka szansa na wyrwanie się z
rodzimej galaktyki. Jednak nie mógł zapominać, że prawie za każdym
posunięciem ludzi z rządu coś się kryje.
- Niezupełnie – sprostował
Sanders. – Chodzi prawdę mówiąc o coś zupełnie innego. – Rozejrzał się
wokół, jakby każdy pracownik lądowiska mógł być obcym szpiegiem.
- Widzi pan, nasi specjaliści odkryli ciekawą planetę w galaktyce
Hiksa. Tak, w Hiks – dodał, kiedy zobaczył, że McKeyowi oczy rozszerzyły
się ze zdumienia. – Sądzimy, że może istnieć na niej życie i chcemy,
żeby pan to zbadał.
- A dlaczego ja? – Martin nie tracił podejrzliwości.
- Jak mówiłem, polecono nam pana.
- A załoga?
-
Tym my się zajmiemy – odparł Sanders. – I jeszcze jedna sprawa.
Chcielibyśmy, żeby ludzie, którzy z panem polecą, oczywiście pod pana
dowództwem, jak najmniej wiedzieli o celu misji. My nie zamierzamy im o
niczym mówić i liczymy, że pan również się postara. To nasze pierwsze,
być może, zetknięcie z obcą cywilizacją i nie chcę, żeby to powodowało
napięcia wśród załogi. Macie to po prostu zbadać, to wszystko, bez
żadnej niepotrzebnej ingerencji.
- Ale to będzie dosyć trudne, jeśli...
-
Sam prezydent wydał ten rozkaz – przerwał mu Sanders. - Chcemy, żeby
misja się powiodła, McKey. Jak powiedziałem, liczymy na pana.
-
Zrobię, co będę mógł – powiedział Martin, patrząc jak wysłannik
Korporacji odchodzi. Miejsce nieufności zajęło podekscytowanie.
Galaktyka Hiksa? Zupełnie jakby Porządek Wszechświata czytał w jego
aktualnych myślach.
- I co, o co chodziło? – spytał główny inżynier, podchodząc do niego.
-
O to chodziło, że teraz ty tu dowodzisz – odparł McKey, niespodziewanie
uśmiechając się szeroko. W jego oczach zabłysły iskierki radości. –
Zostałem przydzielony do innego sektora.
- Mianowicie?
- Galaktyka Hiksa – powiedział Martin i wcisnął mu do ręki spis ładunków.
Zdumiony inżynier patrzył, jak zadowolony przyszły dowódca statku badawczego, odchodzi ze swojego mało znaczącego stanowiska.
*
Na
ogromnym lądowisku w samym serce Waszyngtonu stał teraz wielki statek,
którego dwa dni temu jeszcze tu nie było. Zbliżało się teraz do niego
dwoje ludzi, jeden wysoki, krótko obcięty brunet, drugi blondyn
średniego wzrostu, u którego włosy przypominały pole pszenicy po
przejściu huraganu.
- Statek oderwie się od ziemi za pół godziny –
informował nowego dowódcę jasnowłosy mężczyzna, idąc obok niego w
kierunku pojazdu. Dołączył do niego dosłownie kilka sekund temu, kiedy
McKey zmierzał samotnie zapoznać się z załogą.
- A może najpierw się
pan przedstawi? - spytał, przystając i wpatrując się uważnie w swojego
rozmówcę. Znał się na ludziach, a ten wypadł raczej dobrze; pomijając
nieład na głowie, z jego twarzy przebijała powaga, a oczy patrzyły
rozumnie. Jeszcze go nie poznał dobrze, ale uznał, że chyba można mu
było zaufać.
- Pierwszy oficer, Roch Species. Pana zastępca – odparł mężczyzna, również patrząc na Martina.
-
Teraz rozumiem. Czym mam dowodzić? – McKey wznowił przerwany marsz.
Powoli zbliżali się do statku, widząc coraz więcej szczegółów. Miał
spłaszczony kształt, jak wszystkie zresztą statki badawcze. Widniał na
nim znak Korporacji, niebieski sześcian na czarnym tle.
- Statek
Frell 2, załoga: dziewięciu ludzi, łącznie z panem i ze mną. Dwóch
żołnierzy piechoty morskiej, dwóch inżynierów, naukowiec, operatorka
czujników i pionier.
- Pionier? – McKey zmarszczył brwi, gdyż pierwszy raz usłyszał to określenie.
-
Naukowiec, wysyłany na zwiad, zwykle po to, żeby określił skład
atmosfery i rodzaj podłoża – objaśnił Species. - Będzie pan mógł
zapoznać się z całą załogą przed startem. I niech pan nie zwraca
zbytniej uwagi na zachowanie marines i inżynierów – zmrużył oczy.
- Zawsze byli tacy. No i trzeba jeszcze ich zapoznać z zadaniem.
- A jakie jest zadanie? – sprawdził go McKey.
- Określić rodzaj życia na planecie X- odparł z lekkim uśmiechem Roch. – Rzecz jasna reszta o tym nie powinna wiedzieć.
Dotarli
do wejścia na statek, które otwarło uprzednio ich skanując. McKey
rozglądał się wkoło z zaciekawieniem, kiedy pierwszy oficer prowadził go
systemem korytarzy. Frell 2 był o wiele nowocześniejszy niż wszystkie
pojazdy którymi dotąd latał razem wzięte. Nawet system drzwi nie wymagał
kart dostępu.
Weszli do pierwszego z pomieszczeń, które oddzielało
kabiny załogi od mostka. Siedziało tam lub stało siedmiu ludzi, opartych
o drążki, oczekujących swojego kapitana.
Martin McKey przyjrzał się
uważnie nowej załodze. Na pierwszy plan wybijał się barczysty mężczyzna
ubrany w wojskowe moro i brązowe spodnie. Obok niego siedziała krótko
ostrzyżona młoda dziewczyna, w takim samym stroju. Najprawdopodobniej
byli to żołnierze piechoty, o których wspominał Species. Niedaleko nich
stała niska dziewczyna z blond włosami do ramion, ubrana w jasnobrązowy
kombinezon. Przed nią przykucnął szeroko uśmiechnięty facet z chłopięcym
wyrazem twarzy. Na przedzie siedział może 25-letni mężczyzna z czarnymi
włosami ściętymi na jeża, brązowymi spodniami i brązowym podkoszulkiem.
Wydał się McKeyowi zbyt pewny siebie, ale nauczył się, że nie należy
oceniać ludzi po wyglądzie, więc poczekał z tym, aż bliżej go pozna.
Byli jeszcze mężczyzna i kobieta wciśnięci w błękitne robocze ubrania,
przypatrujący się nowo przybyłym z uwagą.
- To jest nowy kapitan statku Frell 2, Martin McKey – powiedział Roch Species, kiedy stanęli na przeciwko załogi.
- Świetnie, wreszcie nam się może powie co my tu robimy – skrzywił się ubrany na niebiesko mężczyzna.
-
Morgan Reiser, inżynier - powiedział Roch. – Ten ubrany po wojskowemu
to Jack Hayley, a tamta chłopczyca to Devon Space, marines przydzieleni
do ochrony statku.
- Do ochrony czego? – mruknął Hayley, trącając Devon łokciem.
- No, no, Hayley! – upomniał go Species. – Uspokój się i spróbuj pokazać z jak najlepszej strony.
Hayley popatrzył na niego z ukosa i prychnął, ale pierwszy oficer niewzruszenie brnął dalej.
-
Ten przestępca to Mac Frikes, główny inżynier – pewny siebie mężczyzna
podniósł dłoń. – Ta w niebieskim to Mitach Raine, lekarz pokładowy, a ta
w żółtym – Gillian Hunt, operatorka czujników.
Wskazał na wciąż uśmiechniętego mężczyznę siedzącego obok operatorki.
- To Rick Fire, pionier, o którym ci mówiłem.
-
Wytłumaczy nam się wreszcie, gdzie lecimy? – spytała Mitach Raine, nie
zwracając uwagi na Reisera, który w dalszym ciągu krzywił się
dziwacznie.
- Tak – McKey wysunął się do przodu. – Lecimy do galaktyki Hiksa. Naukowcy z MKBW dokonali nowego odkrycia.
- To niech sami lecą – powiedział Hayley, ale zaraz umilkł, pod wpływem niedwuznacznego spojrzenia McKeya.
-
Mamy sprawdzić, czy istnieje dotąd nie odkryta planeta, którą wyczuły
czujniki naszej stacji. Chcą się dowiedzieć, czy to nie asteroida, czy
coś w tym rodzaju.
„Dobrze pomyślane" zdawał się mówić wzrok Rocha.
- Macie jakieś pytania? – zakończył McKey.
- Tak, ja – podniosła się Devon Space. – Czy możemy spotkać się z jakimś niebezpieczeństwem?
- Nie z większym, niż każda załoga wsiadająca do pojazdu gwiezdnego.
- To dlaczego my tu jesteśmy? – spytała Space.
- Nie pytaj za dużo, bo za dużo się dowiesz – uciął Martin. – Jeszcze coś?
- Kto pana strzygł, kapitanie? – roześmiał się Fire.
-
Zamknij się, Ricky – po raz pierwszy odezwał się Mac Frikes. – Gdybym
to ja był dowódcą, już byś za takie coś fruwał stąd do domu.
- Gdybym ja bym dowódcą, ty byś został natychmiast wyrzucony w przestrzeń.
Frikes uśmiechnął się lekko.
- Nie dałbyś rady.
Pionier chyba zdawał sobie z tego sprawę i uciszył się szybko.
-
Cicho, załoga! – zawołał McKey. – Skoro - pomijając Fire`a - wszyscy
dostali już odpowiedzi na swoje pytania, nie będę się niepotrzebnie
produkował. A ty, Fire, jeszcze jedno takie coś, a zostaniesz zamknięty w
maszynowni przez resztę lotu, zrozumiano?
- Tak jest.
- Zaraz
odlatujemy, więc wszyscy na stanowiska i to migiem – rzucił Martin, a
załoganci szybko się zerwali i pobiegli na mostek. Przy pulpicie
nawigacyjnym usiadła Gillian Hunt, Mac Frikes i Morgan Reiser. Obaj
marines usiedli na fotelach przy wejściu na mostek.
- A wy co? – spytał Species, kiedy McKey poszedł kierować startem.
-
Jesteśmy tu przydzieleni do ochrony, nie do pracy – uśmiechnął się
Hayley, bawiąc się miotaczem plazmowym. Devon Space wykrzywiła wargi w
lekkim uśmiechu, ale nie skomentowała tego.
- Schowaj to Hayley – powiedział pierwszy oficer. – Nie jesteśmy na wyprawie wojennej. Idź lepiej pomóż pozostałym.
Ale
to nie było potrzebne, bo Mac Frikes i Gilly Hunt doskonale sobie
radzili. Frell 2 oderwał się sprawnie od powierzchni ziemskiej i bez
większych przeszkód przekroczył powłokę atmosfery. Czujniki na pulpicie
Gillian wykazały, że znajdują się już poza przyciąganiem, w pustce
kosmicznej.
- Co teraz, kapitanie? - spytał Frikes.
- Włączamy
300-krotną nadświetlną - McKey oparł się o pulpit, uważnie studiując
obraz, który pojawił się przed nimi; widok trzech planet najbliższych
Słońcu.
- Co? – zdziwił się Species, odrywając swoja uwagę od piechoty i podchodząc bliżej. - Chce pan, żeby poodrywało załodze głowy?
-
Chcesz, żebyśmy dostali się do galaktyki Hiksa za trzy sekundy, czy za
trzy lata? – spytał dowódca. – Nic nam się nie może stać, przecież
statki zostały zabezpieczone.
Mac Frikes wcisnął przycisk oznaczający
nadświetlną i przesunął rękę po tarczy podświetlonej na czerwono. Gdyby
ktoś z zewnątrz obserwował przejście w 300-krotną prędkość światła,
zobaczyłby tylko, jak statek nagle niknie, a potem pojawia się w
zupełnie innym miejscu. Była to pozostałość po eksperymentach z
zakrzywianiem czasoprzestrzeni, które jak dotąd się nie powiodły,
chociaż nadal ładowano w nie mnóstwo rządowych pieniędzy.
- Gdzie jesteśmy? – do Gilly Hunt dobiegł trochę zniekształcony głos McKeya.
-
Wszystko wskazuje na to, że w galaktyce Hiksa – odparła szybko
operatorka. Jej głos już brzmiał normalnie. Statek wyleciał z pola
drgań. – Nigdy nie leciałam statkiem wyposażonym w nadświetlną i nie
miałam pojęcia, że znajdziemy się tu tak szybko.
- Przejdźcie do normalnego trybu.
- Od razu?
-
Gdyby to było od razu, to bylibyśmy z głowami wbitymi w sufit –
skwitował pytanie Speciesa McKey. – Oczywiście, że nie. Frikes, włącz
najpierw 200-krotną, potem 100-krotną nadświetlną, a potem przejdź na
zwykłą prędkość.
Mac przesunął ręką po tarczy. Frell 2 zaczął zwalniać, aż wreszcie zamiast tunelu z gwiazd, ujrzeli ciemną pustkę kosmosu.
-
Hunt, pokaż nam nasze położenie – rozkazał McKey, wpatrując się w mały
monitor przy czujnikach. Na ekranie pojawiła się miniatura galaktyki
eliptycznej.
- Jesteśmy blisko środka – powiadomiła go. – W tym miejscu zwykle ginęły wszystkie statki badawcze bez załogi.
- Jak to „ginęły"? – zainteresował się McKey.
- Tak, jakby ich w ogóle nie było. Jakby nie zostały wysłane. To dlatego ta galaktyka nie została nigdy zbadana.
- To jak my się tam dostaniemy? Chyba Korporacja nie zleciła nam mission impossible, prawda?
-
Nie wiem. Trzeba by wysłać sondę naprzód, żeby zbadać, czy możemy
lecieć dalej. Gdyby... – tu urwała, bo nagle gwałtowny wstrząs rzucił
statkiem. Species upadł na pokład. McKey złapał się fotela przy którym
siedziała Hunt i tylko dlatego nie poszedł w ślady swojego oficera.
Urządzenia przestały działać, a ze stanowiska Reisera trysnęły iskry.
Morgan odskoczył gwałtownie, niestety tracąc równowagę i też się
przewracając. Zdołał jednak przedtem wyłączyć całkowicie sterownię.
-
Cofać, cofać! – zawołał McKey, przekrzykując przejmujący pisk,
wydobywający się z maszynowni i podpoziomów, świadczący o tym, że nie
tylko na mostku działo się coś niedobrego. Frikes włączył zasilanie
awaryjne swojego stanowiska i zaczął cofać statek. Wokół Frella
wytworzyła się ledwie widoczna, żółtawa poświata, której nikt nie
potrafił wytłumaczyć i która znikła od razu, kiedy Mac wycofał statek na
bezpieczną odległość. Pisk w maszynowni ustał, a kiedy Reiser ostrożnie
włączył pulpit nawigacyjny, wszystko działało jak należy. Wszystko
wróciło do porządku tak nagle, jak nagle nastąpiła awaria.
Załoga
zaczęła się powoli podnosić z podłogi, zaskoczona rozglądając się na
boki. W zasadzie trwało to najwyżej pół minuty i było tak
niespodziewane, że załoganci stracili na chwilę orientację.
- Jezu,
co to było! – zawołał Hayley, podnosząc się i siadając ciężko na fotelu,
niczym worek ziemniaków opadający na klepisko. – Drugi raz takie coś, a
natychmiast wracam.
- Trzeba zapinać pasy – odparła Devon Space,
patrząc na niego z rozbawieniem, przy okazji wskazując na swoje. – Drugi
raz takie coś, a na pewno je zapniesz.
- Nie wiem – powiedziała
Gillian Hunt, odpowiadając na pytanie Jacka. – To zdaje się jakieś pole
siłowe, bariera. Być może właśnie przez nią znikały statki.
- Mam
namiar! – zawołał Frikes, wskazując na monitor. – To coś w rodzaju
osłony energetycznej. Nie przepuszcza niczego, co nie przewyższa
stopniem energii błędnych komet. Jest zbyt zorganizowana, żeby mogła
powstać w naturalny sposób.
- Chcesz powiedzieć, że została zrobiona
przez...kogoś? – spytał Martin, zastanawiając się, czy przypadkiem
niedługo załoga sama nie dowie się o celu misji.
- Jest zbyt silna. I zbyt regularna. Obejmuje układ słoneczny w idealny krąg.
- Jaki jest zasięg?
- Bardzo duży. Układ słoneczny i spora część poza nim.
- Wyślijcie sondę – postanowił McKey. – Zobaczymy, czy działanie tego pola ogranicza się tylko do zakłóceń w działaniu statku.
Reiser,
postanawiając nie przeciążać jeszcze urządzeń mostka, udał się do
maszynowni i po chwili spód statku rozchylił się, po czym po paru
sekundach z otworu wynurzyła się miniatura Frella. Dostała się w zasięg
osłony i...spaliła się doszczętnie.
- No i mamy odpowiedź – skwitował kwaśno Roch.
- Co o tym myślisz, Hayley? – McKey zwrócił się do tyłu. – Może byście włączyli się do naszej ciężkiej pracy?
Jack
spojrzał na niego przeciągle. Wyglądał prawdę mówiąc niezbyt pomysłowo,
bo w dalszym ciągu nie otrząsnął się jeszcze z wydarzeń ostatnich
minut.
- Trzeba to rozwalić – powiedział, przywołując na twarz
rozbrajający uśmiech i szturchając lekko Devon dla zwrócenia uwagi. Ta
jednak tylko wzruszyła ramionami, odsuwając ostrożnie lufę miotacza,
którą Hayley przysunął niebezpiecznie blisko jej twarzy.
- Bardzo
śmieszne – skrzywił się Martin. – A ty, Rick? Może nie jesteś specem od
obrony, ale co według ciebie powinniśmy zrobić, skoro nasi spece od
obrony nie nadają się do niczego?
- Trzeba to zniszczyć – powiedział
po krótkim zastanowieniu pionier, przybierając najbardziej poważny wyraz
twarzy, na jaki mógł się zdobyć.
- No wspaniale, jeszcze jeden
piroman – westchnął Species. Rick spojrzał na niego, ale nic nie
powiedział. Zwrócił się natomiast zaraz do kapitana.
- Nie, naprawdę. Skoro nie możemy się przez to przedrzeć, bo inaczej statek ulegnie zniszczeniu, trzeba zniszczyć pole.
- A co z tymi, którzy zrobili tę osłonę? – drążył Species. – A co, jeśli jest im potrzebna w jakiś sposób do życia?
- Ale może być to również pozostałość. Możliwe, że twórcy już dawno opuścili to miejsce, albo nawet nie żyją.
- Nadal jednak nie jestem pewien, czy powinniśmy niszczyć to pole.
-
Roch, pozwól na chwilę – powiedział McKey, ciągnąc pierwszego oficera
za ramię. Species próbował protestować, ale zaraz umilkł i pozwolił
dowódcy poprowadzić się do pomieszczenia, w którym nikt nie mógł ich
usłyszeć. Dopiero tam przystanęli, a Martin przybrał niezadowolony wyraz
twarzy.
- Chyba nie chce pan pozwolić na „rozwalenie", jak to
pięknie określił Hayley! – zawołał oficer, zanim McKey zdążył cokolwiek
powiedzieć. – Przecież to ingerencja w coś, o czym nie mamy żadnego
pojęcia!
- Słuchaj, Roch...Oni nie wiedzą, że tu może być życie.
Chcesz im podsunąć pomysł, że nie jesteśmy z nimi szczerzy? A poza tym,
jak wykonamy rozkaz MKBW, skoro nie dostaniemy się do planety X?
- A
skąd pan wie, że to będzie skuteczne? Przecież Frikes stwierdził, że
tylko siła energii równa sile gwiazdy może się przedrzeć przez taką
osłonę.
- Bo inne ciała niebieskie nie mają takiej energii jak
gwiazda, więc zostają zatrzymane. Ale statek może taką energię
wytworzyć, przecież wiesz. Możemy wytworzyć nawet więcej, bo energię
skoncentrowaną na jednym punkcie.
Roch pokręcił głową.
- Dobrze –
powiedział w końcu. – Ale to nie ja odpowiadam za skutki ingerencji,
tylko pan. Niech pan potem nie mówi, że pana nie ostrzegałem.
To
powiedziawszy Species ruszył na mostek. McKey dobrze sobie zdawał sprawę
z tego, że pierwszy oficer radzi mu dobrze, ale nie mógł się teraz
wycofać. Miał tylko nadzieję, że pole rzeczywiście okaże się jedynie
pozostałością i nie rozpoczną jakiegoś niepożądanego ciągu zdarzeń.
-
Dobrze, Fire – powiedział, kiedy oboje znaleźli się ponownie na mostku.
– Twój pomysł, a raczej pomysł Jacka, został przyjęty. Maszynownia?
- Jak tam, kapitanie? – rozległo się na mostku. – Hej, ten system łączności jest całkiem niezły!
- Reiser?
- Nie, straszny kosmita.
- Przestań się wygłupiać, Reiser – prychnął Martin. – Zlikwiduj to.
-
Tak jest, szybko i z największą przyjemnością! – zawołał Reiser. Mówił
coś jeszcze, ale zbyt cicho i chyba do siebie, bo jego głos został
zagłuszony przez dźwięk urządzeń maszynowni.
- Czasami się
zastanawiam, Species, czy przydzielono nam rozumną załogę – mruknął
McKey, patrząc, jaki skutek przyniesie wykorzystanie
najnowocześniejszych dział plazmowych piechoty morskiej.
W stronę
pola siłowego wystrzeliła struga światła, powodując, że część załogi
zmrużyła oczy, a ta część bariery, która została ostrzelana, stała się
na chwilę widzialna, ukazując podobną do zroszonej pajęczyny
powierzchnię. Ale tylko na chwilę.
- Nic z tego, kapitanie – odezwał się Frikes ze swego stanowiska. – Bariera jest trochę naruszona, ale nie przepuści statku.
McKey wciąż przypatrując się teraz już niewidzialnej osłonie, znów przysunął się bliżej interkomu.
- Reiser?
- Jak tam , kapitanie?
- Ile włączyłeś dział?
- Dziesięć.
- Włącz wszystkie.
- Wszystkie?! – usłyszeli autentycznie zdumiony głos Morgana.
- Wiem, że prawdopodobnie nigdy ci nie kazano włączać wszystkich, ale ta osłona jest naprawdę mocna. Mały ostrzał nic nie da.
- Dobrze, szybko i...
- Rób swoje, Reiser – przerwał mu Martin i ponownie zwrócił się w kierunku szyby.
Tym
razem trochę dłużej nic się nie działo, aż wreszcie pole zaatakowało 25
dział plazmowych. Statek został odrzucony w tył i zalany oślepiającym
światłem. Cała osłona stała się widzialna, ujawniając wielką falującą
kopułę, otaczającą ich z dwóch stron. Po chwili i to znikło, pękając i
powodując jeszcze silniejsze drgania na pokładzie. Wyraźnie widzieli,
jak migająca pajęczyna rozszerza się, ukazując coraz więcej pustych
dziur, żeby wreszcie w końcu zniknąć zupełnie i ostatecznie.
-
Zniszczona! – zawołała Gillian patrząc na swoje czujniki. Jednak to nie
było potrzebne. Wszyscy widzieli, że siła dział Frella przekroczyła siłę
gwiazdy.
- Moje czujniki też już nic nie wyczuwają – dodał Frikes. –
Przez pewną chwilę po wybuchu istniała jeszcze niewielka część pola,
ale teraz przed sobą mamy absolutną pustkę.
- Dobrze, lećmy na przód, ale ostrożnie – mruknął McKey. – Włączcie tylko 10-tą zwykłą prędkość.
Frikes
uruchomił dodatkowe silniki i Frell 2 zaczął powoli sunąć do przodu.
Gdy znaleźli się w miejscu, w którym poprzednio nastąpiła awaria,
maszynownia, silniki i mostek nadal działały bez zarzutu i wszystko
wskazywało na to, że najwyraźniej nic już im nie zagraża.
- Skoro
wszystko jest już w porządku – dowódca podszedł bliżej okna, kiedy
pokonywali ostatnie metry zasięgu istniejącej tu przed chwilą bariery –
kierunek planeta X.
Miałaś wtedy 12 lat? Chylę czoła. Bardzo fajne, ciekawe, co odkryją :) Jak długie to jest?
OdpowiedzUsuńDzięki ^^ Oj, długie...i ma aż trzy części ^^
UsuńJa bym czegoś takiego nie napisała, bo nie siedze w science- fiction. Dobry scenariusz na amerykancki film^^ Lubię takie historię. Czekam na więcej!( jednak nie jest za długiXD)
OdpowiedzUsuńZ tego drugi Avatar będzie, zobaczysz! xD Zawsze widziałam to jako film, chyba takie to już jest, że nadawałoby się na scenariusz jakiegoś zapychacza ekranu ^^
Usuń